Kalendarz polityczny tak się w Polsce układa, że nowy rząd przejmuje władzę tuż przed początkiem nowego roku. Nie ma więc komfortu długiego przygotowywania zmian, które uważa za niezbędne do wprowadzenia w kolejnym roku. Sztandarowym przykładem jest ustawa budżetowa, której ewentualne korekty musi szybko przygotować.

Ustawa budżetowa

Przyjęcie jej przez parlament i złożenie podpisu przez prezydenta powinno nastąpić do końca stycznia. Wniosek: rewolucji w projekcie zostawionym przez rząd PO-PSL z braku czasu raczej nie będzie. Ale też dlatego, że już projekt PO-PSL jest bardzo napięty. Zakłada dość duży deficyt – 54,6 mld zł – przy stosunkowo optymistycznych założeniach wzrostu gospodarczego (3,8 proc.) i inflacji (1,7 proc). Ustępujący rząd nie wziął pod uwagę scenariusza spowolnienia w Unii Europejskiej wywołanego przez wyhamowanie wzrostu gospodarki Chin. Gdyby taki scenariusz się zmaterializował, wzrost PKB na poziomie 3,8 proc. może być trudny do zrealizowania, co oznacza mniejsze wpływy z podatków. Niższe dochody, zwłaszcza z VAT, mogą być również spowodowane niższym wzrostem cen.

W projekcie PO-PSL nie ma oczywiście policzonych skutków wprowadzenia w życie sztandarowych pomysłów PiS, jak podniesienie kwoty wolnej w PIT czy wypłaty dodatków na dzieci (500 zł na drugie i każde następne dziecko). Oba te pomysły mogą zyskać przychylność innych partii, zwłaszcza tych po lewej stronie sceny politycznej. Jakieś dopasowania w budżecie nowy rząd będzie więc musiał zrobić. Najprościej będzie mu dokonać przesunięć w wydatkach, ale niewykluczone, że zdecyduje się też na zwiększenie deficytu. Choć ten drugi krok byłby ryzykowny, ponieważ oznaczałby zejście ze ścieżki ograniczania nierównowagi finansów publicznych – co zapewne spotkałoby się z krytyką Komisji Europejskiej. Z drugiej strony w projekcie są zapisane kwoty, których nowy rząd raczej nie ruszy. Trudno sobie wyobrazić, żeby wycofał się z takich pomysłów, jak podwyżka płac dla pracowników administracji (koszt: 2 mld zł), którzy nie dostali podwyżki od kilku lat.

Dodatki dla emerytów

Ta ustawa jest związana z budżetem i choć rząd Ewy Kopacz przyjął ją w zeszłym tygodniu, Sejm nie zdąży jej już uchwalić przed końcem kadencji. A to oznacza, że – podobnie jak pozostałe projekty (poza obywatelskimi) – ulegnie dyskontynuacji z końcem kadencji. Ustawa wprowadza jednorazowe dodatki dla emerytów i rencistów, których wielkość zależy od wysokości świadczenia. Największe (350 zł) dostaną osoby otrzymujące mniej niż 900 zł. Przy emeryturach i rentach od 900 do 1100 zł będzie to 300 zł. W kolejnym przedziale od 1100 do 1500 zł – 200 zł, a dla reszty – o ile ich świadczenie nie przekracza 2 tys. zł – pomoc wyniesie 100 zł.

Na ten cel w budżecie zarezerwowano 1,4 mld zł, a beneficjentami ma być 6,5 mln emerytów i rencistów. To oznacza, że kolejny rząd będzie musiał szybko zdecydować, czy podejmuje projekt i ponownie wyśle go do Sejmu, czy też ma własny pomysł na dodatkowe podwyżki dla emerytów. Inaczej dostaną oni podwyżkę rzędu 0,52 proc., wynikającą ze zwykłych reguł waloryzacji.

Ustawa o zamówieniach publicznych

Jej brak to jedno z największych zaniedbań ustępującego rządu PO-PSL. Do 18 kwietnia 2016 r. Polska powinna wdrożyć do swojego prawa dyrektywy unijne regulujące funkcjonowanie systemu zamówień publicznych. Ich główny cel to uproszczenie i przyspieszenie całej procedury zamówień publicznych – na przykład poprzez obowiązkowe przejście na komunikację elektroniczną między wykonawcą i zamawiającym czy też przejście na elektroniczne składanie ofert.

O tym, że dyrektywy trzeba będzie implementować, wiadomo od 2014 r. Tymczasem projekt odpowiedniej ustawy nawet nie wszedł pod obrady Rady Ministrów. Na tym, który powstał w Urzędzie Zamówień Publicznych, eksperci nie zostawili suchej nitki. Były prezes UZP Tomasz Czajkowski doliczył się ponad 300 stron zgłoszonych uwag, co jego zdaniem dyskwalifikuje projekt. Co oznacza, że nowy rząd powinien jak najszybciej zacząć prace nad własnym projektem.

Jeśli tego nie zrobi, zaryzykuje zablokowanie finansowania ze strony Unii Europejskiej. Bez wdrożonej dyrektywy każdy proces w trybie zamówień publicznych z punktu widzenia unijnego prawa będzie nielegalny. Eksperci sądzą, że nowy rząd nie zdecyduje się na forsowanie projektu nowego, komplementarnego prawa zamówień publicznych, tylko wybierze wariant szybkiej nowelizacji obecnej ustawy i w ten sposób dopełni zobowiązań wobec UE.

Cofnięcie sześciolatków

PiS proponuje ustawę cofającą reformę sześciolatków. Ustawa miałaby być uchwalona maksymalnie szybko, gdyż ma dać prawo rodzicom, których dzieci znalazły się już w pierwszej klasie, do cofnięcia ich do zerówki. Docelowe rozwiązanie przewiduje, że do pierwszej klasy będą trafiały siedmiolatki oraz – na wniosek rodziców – sześciolatki, o ile dziecko „wykazuje psychofizyczną dojrzałość do podjęcia nauki szkolnej”. To kontrowersyjna zmiana, gdyż jeśli większość rodziców skorzysta z tej możliwości, we wrześniu do szkoły pójdą nieliczne dzieci. Z drugiej strony może być to metoda na rozładowanie olbrzymiego rocznika obecnej pierwszej klasy, do którego trafiło ponad 500 mln dzieci z dwóch wyżowych roczników 2008 i 2009.

500 zł na dziecko

To jeden ze sztandarowych pomysłów PiS w kampanii prezydenckiej i parlamentarnej. Projekt ustawy przewiduje, że w rodzinach, w których dochód na głowę wynosi 800 zł, na każde dziecko zostanie wypłacone 500 zł miesięcznie. W pozostałych będzie to dotyczyło drugiego i kolejnych dzieci. PiS chce te rozwiązania wprowadzić od 2016 r. Jeśli partia myśli o przyjęciu ustawy, musi to zrobić szybko, a skutki finansowe wprowadzić do budżetu na 2016 r. Wypłaty mają się zacząć od kwietnia, ale wnioski może będzie składać wstecznie od początku roku.

Ustawa o minimalnym wynagrodzeniu godzinowym

Większość partii biorących udział w kampanii proponowała wprowadzenie godzinowej stawki minimalnego wynagrodzenia, mającej zrównać wynagrodzenie osób pracujących na elastycznych formach zatrudnienia z tymi na etacie. Dla osób pracujących na etacie wylicza się minimalną płacę godzinową, dzieląc wynagrodzenie miesięczne przez liczbę godzin pracy z miesiącu. W skali roku przeciętnie wynosi ona 10,2 zł. Partie proponowały dla osób na umowach-zleceniach minimum 12 zł, co ma gwarantować dochody zbliżone do płacy minimalnej. Minimalna płaca godzinowa to jedno z działań, których celem jest ograniczenie zjawiska obchodzenia zatrudnienia na etacie przez elastyczne formy zatrudnienia.

Ordynacja podatkowa

Politycy, bez względu na partyjną przynależność, są raczej zgodni w ocenie działań aparatu skarbowego – i nie jest to ocena pozytywna. Fiskus ma problem ze skutecznym ściąganiem podatków, przy tym niekoniecznie kieruje swoje działania przeciwko głównym winowajcom takiego stanu rzeczy. Nowa ordynacja miałaby to zmienić, na nowo definiując relacje podatnik – urząd skarbowy. Jedna z proponowanych reguł: organ podatkowy nie sprawuje władzy nad podatnikiem, tylko wspiera go w realizowaniu obowiązków. Fiskusa ma obowiązywać zasada domniemania rzetelności podatnika. I ma bardziej pomagać niż ścigać, ordynacja ma wprowadzić możliwość udzielania informacji i konsultacji z podatnikami, ale także zawierania porozumień i mediacje podatkowe.

Kijem na nierzetelnych ma być klauzula obejścia prawa. To jedna z najważniejszych propozycji, bo jej celem jest ukrócenie optymalizacji podatkowej, na której budżet traci miliardy złotych. Klauzula ma co najmniej utrudnić „sztuczne i niemające uzasadnienia gospodarczego czynności podatnika, za pomocą których próbuje on ominąć przepisy i osiągnąć korzyści podatkowe”. Urzędnicy aparatu skarbowego będą musieli udowodnić, że dana transakcja została zawarta tylko po to, żeby zmniejszyć podatek. Jeśli uda się im tego dokonać, wówczas będą mogli pominąć jej podatkowe skutki, czyli naliczyć wysokość daniny tak, jakby transakcji nie było. Odchodzący rząd PO-PSL przyjął nawet założenia nowej ordynacji. Teraz działająca przy resorcie finansów Komisja Kodyfikacyjna Ogólnego Prawa Podatkowego ma opracować projekt ustawy.

Ustawy wprowadzające podatki sektorowe

Banki i supermarkety mogą już chyba zacząć liczyć straty. Od wprowadzenia podatków od aktywów bankowych (lub transakcji finansowych) i obrotów sklepów wielkopowierzchniowych raczej nie ma odwrotu. Co prawda najgłośniej o nich mówiło PiS, ale w tym przypadku bez problemu znajdzie się poparcie dla obu projektów po lewej stronie sceny politycznej. Podatku bankowego, od transakcji finansowych i supermarketów chciały zgodnie Zjednoczona Lewica i Kukiz’15. Propozycje różniły się w szczegółach.

Według PiS podatek bankowy mógłby być albo podatkiem od transakcji finansowych ze stawkami 0,14 proc. dla instrumentów finansowych i 0,07 proc. dla instrumentów pochodnych, albo daniną płaconą przez banki od ich aktywów ze stawką 0,39 proc. Natomiast podatek od supermarketów ma wynosić 2 proc. od przychodów ze sprzedaży w sklepach o powierzchni ponad 250 mkw. Zjednoczona Lewica chce natomiast i podatku od transakcji finansowych (1 proc.), i podatku bankowego od aktywów (0,5 proc.). Opodatkowanie supermarketów w jej wersji miałoby obejmować sklepy o powierzchni powyżej 500 mkw. z obrotami ponad 2 mln zł rocznie, a stawka miałaby być progresywna: od 0,5 do 2 proc. w zależności od wielkości obrotu.

Zmiany w ustawach o podatkach dochodowych

Jeśli prezydent Andrzej Duda dotrzyma słowa i prześle nowemu Sejmowi nowelizację ustawy o PIT zwiększającą kwotę wolną, izba niższa poprze ją raczej bez problemu. I to też będzie poparcie ponad podziałami. Posłowie PiS podniosą rękę za ze względów oczywistych – partia przejęła obietnicę wyborczą prezydenta i uczyniła z niej jeden z motywów przewodnich swojej kampanii. Ale za mogą być również posłowie Zjednoczonej Lewicy. Co prawda ZL wolałaby podwyżkę kwoty wolnej do 20 tys. zł, ale blokowanie jej zwiększenia choćby do 8 tys. byłoby niekonsekwentne, zważywszy że szanse na przyjęcie całego podatkowego projektu lewicy są raczej mizerne.

PiS jest za to osamotniony w swoim pomyśle wprowadzenia dodatkowej 15-proc. stawki CIT dla firm, których roczny obrót nie przekracza 1,2 mln euro. Inne zmiany – jak wprowadzenie podwójnego odpisu kosztów poniesionych na innowacje – mają już większe szanse, bo podobny zapis w swoim programie miała PO. Kolejna propozycja PiS to odliczenie nakładów inwestycyjnych (czyli 100-proc. amortyzacja) w roku, w którym zostały one poniesione (warunek: odpis nie może być wyższy od 50 proc. dochodów firmy). W tej chwili amortyzacja jednorazowa dotyczy małych firm oraz tych rozpoczynających działalność, jednak wielkość odpisu jest ograniczona do 50 tys. euro.