Sojusz czeka poważna dyskusja na temat tego, jaką partią chce być. Do jakiego wyborcy chce trafiać. I w jaki sposób ma to robić. Okazją do tego będzie spotkanie zarządu Sojuszu z klubem poselskim, które odbędzie się najpóźniej w sobotę po wyborach. Nieoficjalnie wiadomo, że może wtedy dojść do „nowego otwarcia”. W grę wchodzi nawet ogłoszenie jakiejś formy lewicowej koalicji przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi.

Tematem numer jeden w SLD będą wybory prezydenckie. Pomimo entuzjazmu Leszka Millera, na finiszu kampanii przeciw Magdalenie Ogórek wypowiadali się już nawet obecni i byli politycy Sojuszu. – Jeśli im się ta kandydatura nie podoba i nie chcą jej wspierać, niech po prostu milczą – mówił w „Kontrwywiadzie RMF” Miller.

CZYTAJ WIĘCEJ: SONDAŻ z powyborczej nocy: maleje przewaga Dudy!>>>

Nawet jeśli działacze SLD zażądają od Millera wzięcia odpowiedzialności za wyborcze fiasko, nie staną przed łatwymi decyzjami. Problemem byłoby nie tylko znalezienie polityka, który mógłby zastąpić Millera. Problemem jest przede wszystkim wyłonienie kogoś, kto nadawałby się na sterowanie lewicową formacją w trudnych dla lewicy czasach. Rezultaty tej części sceny politycznej jako całości kurczą się z wyborów na wybory.

Podczas ostatnich wyborów parlamentarnych całej lewicy – a więc Sojuszowi i Ruchowi Palikota – udało się zebrać ponad 18 proc. głosów. W wyborach do europarlamentu było to już tylko ok. 13 proc., przy czym samo SLD polepszyło swój wynik o ponad 1 pkt proc., gromadząc 9,44 proc. Teoretycznie w zasięgu Sojuszu jest wynik powyżej 10 proc., co udało się podczas poprzednich wyborów prezydenckich Grzegorzowi Napieralskiemu. W 2010 r. ówczesny przewodniczący zgromadził 13,86 proc.

Sojusz wciąż jest największą siłą na lewicy. Zwłaszcza w obliczu kompletnego rozpadu partii Janusza Palikota. Nawet jeśli formacja ta została wyniesiona do Sejmu głosami młodych i głosami protestu, nie udało im się tych wyborców utrzymać. Nie udało jej się także zdobyć nowego elektoratu. Dla typowego wyborcy Sojuszu nigdy nie stanowiła atrakcyjnej oferty. Jednocześnie próżno na lewicy szukać inicjatyw, które mogłyby odebrać palmę pierwszeństwa SLD lub stanowi dla niego alternatywę.

Sytuacja na lewicy dziwi socjologa prof. Radosława Markowskiego ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. – Prestiż kapitalizmu uległ nadwątleniu pod wpływem globalnego kryzysu; w kraju, w którym nadal jest bieda i funkcjonuje średniowieczny Kościół katolicki, pokonywać z trudem w sondażach barierę 10 proc. to fenomen – mówi. Zdaniem socjologa lewicowy elektorat w Polsce jest znacznie liczniejszy, niż można byłoby sądzić po wynikach Sojuszu. W związku z tym lewicowa formacja potencjalnie ma do wzięcia 25 proc. głosów, a w sprzyjających okolicznościach nawet 30–35 proc.

Bardziej sceptyczny jest dr hab. Rafał Chwedoruk z Uniwersytetu Warszawskiego. Jego zdaniem przy odpowiedniej mobilizacji elektoratu lewica wciąż może być liczącą się siłą w nowym parlamencie. Być może nawet na tyle ważną, żeby liczyć się jako potencjalny koalicyjny partner.

Perspektywa nadchodzących wyborów parlamentarnych oznacza dla SLD trzy scenariusze. Pierwszym jest wegetacja, czyli wariant, w którym partia utrzymuje się na powierzchni dzięki swojemu „żelaznemu elektoratowi”, ale nie stanowi poważnej siły w parlamencie. W takim wypadku Sojuszowi grozi dalsza marginalizacja. Jeśli w partii nie dojdzie do poważniejszych zmian i szyld „SLD” na powrót nie stanie się atrakcyjny dla wyborców, ugrupowanie może w ten sposób funkcjonować jeszcze kadencję lub dwie.

Drugim wariantem jest zawiązanie przedwyborczej koalicji z innymi podmiotami z lewej strony sceny politycznej. Trudno jednak uwierzyć, że politycy Sojuszu nie będą chcieli, jako najsilniejszy składnik takiego ugrupowania, dyktować warunków partnerom. W perspektywie zbliżających się wyborów nie widać jednak dla takiego rozwiązania alternatywy. – Dramat lewicy polega na tym, że czegokolwiek nie chciałoby się tam zbudować, musi to być na bazie SLD – twierdzi Chwedoruk.

Na potwierdzenie tej tezy podaje niemiecką partię Die Linke, która powstała na bazie PDS – Partii Socjaldemokratycznej (a ta z kolei była kontynuatorką rządzącej w NRD Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec). PDS przez wiele lat znajdowała się na marginesie politycznego mainstreamu, opierając swój wynik wyborczy głównie na byłych funkcjonariuszach aparatu bezpieczeństwa oraz kadry urzędniczej NRD. Wiatru w żagle nabrała dopiero wtedy, kiedy socjaldemokraci z SPD zaczęli za kanclerza Gerharda Schroedera wprowadzać pakiet reform rynku pracy i zabezpieczeń socjalnych pod nazwą Hartz IV. – Wtedy udało im się pozyskać część rozczarowanego elektoratu socjaldemokracji – tłumaczy Chwedoruk.

Trzeci wariant to porażka wyborcza SLD i wynik poniżej progu wyborczego. Oznaczałoby to, że w parlamencie powstałaby próżnia, którą mogłaby zagospodarować nowa formacja. Część ugrupowań, walcząc o schedę, z pewnością wykorzystywałaby twarze już znane na lewicy. W tym polityków SLD – w zależności od tego, jak szybko ci zaczęliby opuszczać pokład tonącej partii.

Jedno z zupełnie nowych lewicowych ugrupowań nie chce jednak czekać pięciu lat i planuje start w nadchodzących wyborach parlamentarnych. Swój założycielski kongres zapowiedzieli w weekend po wyborach prezydenckich. Nazywają się „Razem” i mówią o sobie „lewica społeczna”. Na razie nie mają programu (a przynajmniej pełnej wersji), obecni są tylko w kilku województwach, a ich aktywność ogranicza się do kolportowania przez sieć memów piętnujących nierówności społeczne. O SLD mówią krótko: to nie jest lewica.

Wśród nich znaleźć można byłych działaczy Młodych Socjalistów. Jak zapewniają, dla wielu przychodzących na spotkania osób są pierwszą formą działalności obywatelskiej. – Najliczniejszą grupą zawodową w partii są programiści, ale zapisują się też do nas pracownicy korporacji, pielęgniarki, nauczyciele – mówi Marcelina Zawisza. – Naszym celem jest przywrócenie sensu reprezentacji politycznej, ponieważ żadna z obecnie znajdujących się w parlamencie partii nie stoi po stronie pracującej większości. Uważamy, że za partią powinien stać ruch społeczny – podsumowuje idee przyświecające „Razem” Maciej Konieczny, członek inicjatywy.

Doktor Chwedoruk jest jednak sceptyczny odnośnie do szans powodzenia takich przedsięwzięć. Chociażby dlatego, że nie stanowią alternatywy dla „twardego” elektoratu SLD. Problematyczne może okazać się też przebicie z przekazem do młodych. – Młode pokolenie, które dorastało już w III RP, traktuje każdą lewicowość jako podejrzaną, mówiąc obrazowo: nie widzą różnicy między Daszyńskim a Bierutem – opowiada Chwedoruk. Jak jednak zauważa prof. Markowski, zdobycie popularności przez takie inicjatywy to może być nawet kwestia dziesięciolecia, a i to przy założeniu, że ma się struktury i pieniądze.

Co w polskim kontekście znów kieruje nas do SLD.