Z jednej strony Sopot ma 40 tys. mieszkańców, z drugiej – budżet na poziomie 300 mln zł, którego zazdroszczą mu dwa razy większe miasta. Jacek Kurski stwierdził kiedyś, że Sopot to wręcz miasto samograj, którym mógłby rządzić każdy. Czy rzeczywiście?

Na szczęście Jacek Kurski nie rządzi Sopotem, to by było wielkie nieszczęście dla miasta. Ale mogę podać kilka przykładów miast, które były w podobnej sytuacji. Weźmy przykładowo Szczecin, który świetnie rozwijał się na początku lat 90., a potem, mimo doskonałego położenia, nie wykorzystał swojej szansy i dopiero teraz się odbudowuje po dwóch niefortunnych kadencjach. Na sukces Sopotu składa się kilka czynników: dobrze wykształceni, przedsiębiorczy mieszkańcy, prywatyzacja oraz przemyślane inwestycje, które generują dochód dla gminy. My po prostu potrafimy zarabiać. W Sopocie jest niskie bezrobocie, działa tu bardzo dużo firm z sektora turystyki i usług okołobiznesowych (finanse, ubezpieczenia, doradztwo), wcześnie rozpoczęliśmy prywatyzację mienia komunalnego. Staramy się mądrze inwestować i mocno wykorzystujemy środki unijne na projekty, które podnoszą atrakcyjność miasta, jak na przykład centrum kongresowe, galeria sztuki, projekty rewitalizacyjne, i głównie temu zawdzięczamy tak wysokie dochody własne. Nasza strategia, obmyślana prawie 20 lat temu i konsekwentnie realizowana, zakładała, że będzie tu aquapark, centrum konferencyjne, hala widowiskowo-sportowa, a wszystko osadzone w ramach wysokiej jakości usług świadczonych mieszkańcom. I to wszystko zostało spełnione.

Sopot ma jeszcze jedno ułatwienie, którego zazdroszczą inni samorządowcy. Miasto w dużej mierze korzysta na komunikacji zbiorowej Gdańska i Gdyni. To może działać demotywująco, jeśli chodzi o inwestowanie w transport zbiorowy.

My nie korzystamy z ich komunikacji, bo Gdańsk i Gdynia korzystają także z komunikacji prywatnej. Rynek się podzielił, przez co są tam różne zarządy komunikacji miejskiej. Uważam, że powinien być jeden zarząd dla całej metropolii. To przesada, że mamy aż trzy zarządy w Gdańsku, Gdyni i Wejherowie. Powinien być jeden dla wszystkich. Pracujemy nad takim rozwiązaniem. Jest już powołany Związek Komunalny dla całej metropolii, który ustala wspólny bilet elektroniczny czy wspólną politykę taryfową. Brakuje wciąż jednego zarządu komunikacji, ale myślę, że i to się w końcu stanie.

Jeszcze w ubiegłym roku Ministerstwo Zdrowia miało zastrzeżenia do Sopotu jako gminy uzdrowiskowej. Nakazało zmniejszenie hałasu i stężenia pyłów zawieszonych pod groźbą odebrania statusu uzdrowiska. Czy ten problem udało się rozwiązać?

Ministerstwo wycofało się z tych zarzutów. Okazało się bowiem, że samo morze i ruch fal w czasie sztormu generują hałas przewyższający normy dla uzdrowiska. Każdy chce być piękny, młody i bogaty, ale nikt nie jest w stanie spełnić do końca wszystkich warunków. My nie będziemy Ciechocinkiem i nigdy do tego nie pretendowaliśmy. Bliżej nam do Krynicy Górskiej, w której też czasem jest głośno z racji działającego tam wyciągu narciarskiego czy corocznego Forum Ekonomicznego.

Jak zamierza pan pogodzić interesy osób starszych i kuracjuszy z interesami młodych przyjeżdżających, by się bawić?

Kuracjusze bardzo chętnie odwiedzają centrum Sopotu i też chcą korzystać z wielu atrakcji miasta. To mit, że nie chcą być między młodymi ludźmi. A jak ktoś szuka wyciszenia, to zawsze znajdzie je w bocznych uliczkach, parkach czy w lasach otaczających Sopot. 60 proc. miasta to tereny zielone.

Chyba dużym problemem staje się kultowy Monciak. Najpierw szaleniec próbujący taranować spacerowiczów, teraz alkoholowe ekscesy młodych ludzi w trakcie połowinek trójmiejskich. Co zamierza pan z tym zrobić?

Pewnych rzeczy nie da się przewidzieć. Niech pan zobaczy, co stało się niedawno w kanadyjskim parlamencie, gdzie doszło do strzelaniny. Natomiast jeśli chodzi o połowinki, to dla mnie jest to kwestia respektowania prawa. Młodzież nie ma prawa spożywać alkoholu. Staramy się temu zapobiegać i idzie nam to coraz lepiej. Ale to wymaga także kompleksowego podejścia do problemu, współpracy policji, opiekunów i szkół.

Podobno rozważa pan wprowadzenie radykalnych ograniczeń przy sprzedaży alkoholu podczas tego typu imprez. Myśli pan o częściowej prohibicji?

Alkohol najlepiej się lał podczas prohibicji w Stanach Zjednoczonych. Wprowadzając zakaz, musielibyśmy zamknąć sklepy także w Gdańsku i w Gdyni. Drastyczne ograniczenie dostępu do alkoholu niewiele pomoże. Wszyscy wiemy, że Polak potrafi. Natomiast trzeba bardziej rygorystycznie, przy pomocy policji, egzekwować przepisy. Mamy zapisane w uchwale miasta, że w dzień wagarowicza w ogóle nie sprzedajemy alkoholu w sklepach. Ale niejednokrotnie to dorośli zachowują się nieodpowiedzialnie, kupując młodym alkohol. Zapewniam, że żadnych połowinek dla licealistów czy gimnazjalistów w Sopocie już nie będzie - uzgodniliśmy to z przedstawicielami branży gastronomicznej.

Po połowinkach zwolnił pan wieloletniego komendanta straży miejskiej. Czy ta formacja w ogóle się jeszcze sprawdza? Czy nie lepiej byłoby ją rozwiązać i doinwestować policję?

Współpracujemy z różnymi formacjami: służbą ochrony kolei czy strażą graniczną. Każda formacja mundurowa jest pożyteczna. Nawet policja jest za istnieniem straży miejskiej, bo nie chce zajmować się sprawami porządkowymi, nie ma na to czasu.

A widział pan ostatnie dane MSW? Straż miejska najwyraźniej też ma mało czasu na pilnowanie porządku. W 2013 r. strażnicy nałożyli ponad 1,6 mln mandatów na prawie 243 mln zł. Blisko 67 proc. wszystkich ujawnionych przez nich wykroczeń dotyczyło tych popełnionych w ruchu drogowym.

W Sopocie zajmują się tym, co trzeba. Podobnie jak w Krakowie nasi strażnicy nie mają ani jednego fotoradaru. Od spraw dotyczących ruchu drogowego jest przede wszystkim policja drogowa, a nie straż miejska. Sopot jest bardzo estetycznym miastem. A ta estetyka to efekt pracy plastyka miejskiego i strażników miejskich. Nie będę uczestniczył w dyskusji dotyczącej roli straży miejskich i gminnych. W moim mniemaniu formacja ta powołana jest do spraw porządkowych i wspomagania policji. I w Sopocie bardzo dobrze nam to wychodzi.

Sopot dostał w ubiegłym roku zardzewiałą szprychę, czyli antynagrodę środowiska rowerowego Trójmiasta. Czy to nie wstyd?

Każda nagroda skłania do zastanowienia się. Ale w tym przypadku było to niestety działanie stricte polityczne, obliczone na próbę zebrania głosów pod późniejsze referendum zainicjowane przez opozycję. Wystarczającej liczby podpisów jednak nie zebrano. Sam jestem rowerzystą, a liczba wypadków z udziałem rowerzystów jest dla mnie przerażająca. Musimy pogodzić racje wszystkich uczestników ruchu: pieszych, rowerzystów i kierowców. Bardzo dużo inwestujemy w ścieżki rowerowe - za niemal 5 mln zł zbudowaliśmy je wzdłuż ośmiu ulic, powstał też parking Bike & Ride z czterdziestoma miejscami przy przystanku kolejki. Jako pierwsi i do tej pory jedyni w Trójmieście wprowadziliśmy rowery miejskie.

Sopot był prekursorem budżetu obywatelskiego. Jak zamierza pan dalej rozwijać to narzędzie?

Przyznaję, że na początku nie byłem jego entuzjastą. Podejmowane były próby przeforsowania projektu niezgodnego z prawem, gdzie odpowiedzialność za budżet gminy była niejednoznacznie ustalona. W polskim prawie ostateczną odpowiedzialność za budżet miasta ponoszą wyłącznie radni i prezydent. Gdy doszliśmy do konsensusu, budżet obywatelski okazał się bardzo dobrym projektem, mocno angażującym mieszkańców. Obecnie Sopot ma jedną z najwyższych frekwencji na poziomie ok. 20 proc. oraz najwięcej do podziału, bo ponad 100 zł w przeliczeniu na osobę. Przez trzy lata zrealizowaliśmy około 70 projektów za 12 mln zł.

We wrześniu przed Sądem Rejonowym w Sopocie rozpoczął się proces, w którym jest pan oskarżony o przyjęcie dwóch łapówek oraz poświadczenie nieprawdy. To ostatnie nieumorzone wątki afery sopockiej. Nie zniechęci to do pana wyborców, którzy w listopadzie pójdą głosować?

Wyborcy już dawno zrozumieli dziwny mechanizm działania prokuratury, która sama umorzyła większość zarzutów. Obecnie widać, jak absurdalne są przedstawiane w sądzie dowody. Zdaniem prokuratury skorumpować miał mnie diler samochodowy, wykonując... naprawy gwarancyjne lub takie, za które zapłaciłem. A już całkowicie niedorzeczne są dowody prokuratury w postaci zapisów z systemu komputerowego serwisu samochodowego, według których miałem zamontować w VW busie opony od VW polo czy filtr oleju i tarcze hamulcowe od golfa, które są dwa razy mniejsze niż te, których bym potrzebował. Przy czym ani w jednym miejscu prokuratura nie mówi, jaką ewentualną korzyść miałby ten przedsiębiorca ode mnie otrzymać.

Jakie wyzwania stoją jeszcze przed Sopotem?

Czeka nas termomodernizacja prawie połowy placówek oświatowych. Ważnym projektem jest budowa szpitala geriatrycznego dla Pomorza. Jest to projekt metropolitalny wart ponad 20 mln zł, współfinansowany przez Unię Europejską, urząd marszałkowski oraz miasto Sopot. Istotną kwestią jest również bezpośrednie połączenie miasta z obwodnicą Trójmiasta.

Jeśli zostanie pan wybrany na kolejną kadencję, jak będzie wyglądać Sopot za cztery lata?

Chcę, by było to ważne centrum konferencyjne, miejsce spotkań oraz ważnych imprez kulturalnych i sportowych, np. na Ergo Arenie czy na hipodromie. Priorytetem jest podtrzymanie wysokiej jakości życia mieszkańców, a to wiąże się z nakładami inwestycyjnymi na kulturę, oświatę czy ochronę zdrowia.

Konkurenci

CZAJKOWSKA GRAŻYNA JADWIGA, KWW Kocham Sopot, 53 l., wykształcenie wyższe, zam. Sopot, nie należy do partii politycznej.

STRÓŻYK MICHAŁ BARTŁOMIEJ, KW Prawo i Sprawiedliwość, 37 l., wykształcenie wyższe, zam. Sopot, członek partii Prawo i Sprawiedliwość.

TARASIEWICZ MAŁGORZATA MARIA, KWW Mieszkańcy dla Sopotu, 54 l., wykształcenie wyższe, zam. Sopot, nie należy do partii politycznej.