Przyznam szczerze, że bardziej od ujawnionych nazwisk (większość była i tak spodziewana), zaskoczyła mnie atmosfera. A raczej jej brak. Zero pompy, budowania nastroju, nawet muzyki w tle. Cała prezentacja zajęła tyle, ile 18 kandydatom zajmuje wyjście zza kulis i ustawienie się na scenie.

Prezes Kaczyński sprawiał wrażenie, jakby odczytywał listę zawieszonych członków partii, a nie prężnych, obiecujących kandydatów do przejęcia władzy w najważniejszych ośrodkach miejskich z rąk poprzedniego układu PO-PSL lub samorządowej, przyspawanej do stołków kliki.

Być może brak entuzjazmu wynikał z tego, że PiS - lub cała Zjednoczona Prawica - wiedzą, że spośród wszystkich szczebli samorządowych, to właśnie na poziomie dużych miast szanse mają najmniejsze. PiS jest silny na tzw. prowincji - gminach ościennych czy średniej wielkości miastach. Nie bez powodu w ciągu kilku najbliższych miesięcy politycy Prawa i Sprawiedliwości mają zjechać Polskę, odwiedzając aż 700 miejscowości.

Nie bez powodu Jarosław Kaczyński zawitał do Trzcianki, a premier Morawiecki do Węgrowa. Wiedząc, że trudno będzie ugrać coś sensownego w dużych jednostkach, celem numer jeden partii rządzącej będą sejmiki województw, gdzie wybory samorządowe są od lat najbardziej upolitycznione. Tym razem zwycięstwo w sejmikach musi być absolutne, tzn. by nie doszło do sytuacji sprzed czterech lat, kiedy to PiS wygrał wybory (bo zdobył dobry wynik w większości regionów), ale przegrał władzę (bo nie miał zdolności koalicyjnych).

To wszystko to jednak rozważania w skali makro. Najważniejsza wiadomość to koniec tasiemca pod tytułem „Patryk Jaki czy Michał Dworczyk?”. Dzisiejszą deklaracją prezes PiS przeciął te spekulacje i potwierdził to, czego spodziewano się od dawna.

Pytanie tylko, w co gra Jarosław Kaczyński, wystawiając Patryka Jakiego. Oczywiście, z obozu rządzącego tylko on jest w stanie osiągnąć najlepszy wynik w stolicy, ale trudno się spodziewać, by gwarantujący coś więcej niż przejście do drugiej tury. Kaczyński zapewne o tym wie - widocznie woli poświęcić w tej walce człowieka Ziobry niż kogoś ze swojego zaplecza.

Największe ryzyko w tej całej rozgrywce ponosi więc sam Patryk Jaki. Pytanie, co będzie wyznacznikiem jego sukcesu, jeśli wyborów nie wygra. Słaby wynik może znacznie zdeprecjonować jego pozycję. Tym bardziej, że już sobie nieźle nagrabił ostatnimi wyskokami, chociażby w sprawie nowelizacji ustawy o IPN. Po przegranych wyborach może stanowić polityczną hipotekę dla obozu rządzącego. Gdyby jednak wygrał te wybory, wówczas Jarosław Kaczyński miałby problem sprowadzający się do tego, że skompromitowaną w oczach prawicy Hanną Gronkiewicz-Waltz zastąpił politykiem nieprzewidywalnym i niekontrolowalnym przez PiS, bo wywodzącym się z Solidarnej Polski. W takiej sytuacji uprawnione będzie twierdzenie, że Warszawę wygrał Zbigniew Ziobro mimochodem, a nie Jarosław Kaczyński swoim geniuszem.

Niezależnie od szans i ostatecznego wyniku Jakiego rodzi się pytanie: czy dalej zamierza szefować komisji weryfikacyjnej ds. reprywatyzacji warszawskiej? Jeśli tak, to mielibyśmy do czynienia ze skrajnym konfliktem interesów. Przy całym uznaniu dla dokonań komisji, swoją kandydaturą Jaki tylko wzmocnił podejrzenia, że działalność jego komisji nie jest wolna od celów politycznych. Dalsze szefowanie temu gremium byłoby więc co najmniej dyskusyjne. Podobnie jak od początku wątpliwa jest obecność w tej komisji Pawła Rabieja, startującego w tandemie z Rafałem Trzaskowskim. Różnica jest taka, że Rabiej nie cieszy się taką rozpoznawalnością jak Jaki i nie jest szefem komisji weryfikacyjnej. Dlatego jednocześnie stanowi wygodne alibi dla Patryka Jakiego, gdy zacznie być dopytywany o swoją dalszą rolę w rozliczaniu dzikiej reprywatyzacji w Warszawie.

Przy okazji już zarysowuje się poligon walk między Jakim a Trzaskowskim. Widać wyraźnie, że kandydat PO będzie grał kartą reprywatyzacji (brak ustawy systemowo regulującej sprawy roszczeń, pieniądze z Funduszu Reprywatyzacji, które przeznaczono na TVP) oraz tym, że Jaki pochodzi z Opola i jest typowym „spadochroniarzem”. Już w kilka minut po ogłoszeniu kandydatur Zjednoczonej Prawicy Rafał Trzaskowski na Twitterze zamieścił link do znanego teledysku: „Nie ma cwaniaka na warszawiaka”.

Pozostałe kandydatury nie zaskoczyły. Przy okazji ujawniła się krótka ławka, jaką dysponuje PiS i jego akolici. W kilku miastach (np. Katowice, Szczecin, Kielce, Poznań) nie wystawiono własnych kandydatów, lecz udzielono poparcia tym, z którymi jakoś udało się dogadać. A i to nie było proste, czego dowodem jest potwierdzenie przez Jarosława Kaczyńskiego fiaska rozmów z obecnym prezydentem Torunia Michałem Zaleskim i wystawienie na ostatnią chwilę Zbigniewa Rasielewskiego. Na tyle „ostatnią”, że sam zainteresowany nawet nie dojechał na dzisiejszą prezentację.

Widać też, jaka filozofia myślenia przyświecała decydentom z Nowogrodzkiej przy okazji niektórych nazwisk. Małgorzata Wassermann powalczy w Krakowie, dyskontując swoją rozpoznawalność wynikającą z zasiadania w komisji ds. Amber Gold. Z kolei we Wrocławiu ponownie wystawiono Mirosławę Stachowiak-Różecką. Cztery lata temu „wykręciła” niezły wynik (ponad 45 proc. w drugiej turze) w walce z Rafałem Dutkiewiczem. Obecny prezydent nie wystartuje ponownie, więc PiS liczy na powtórzenie sukcesu swojej kandydatki - tym razem z wystarczającą nawiązką.

Walka we Wrocławiu może być zażarta, bo przy braku Dutkiewicza, wielką niewiadomą może być wynik popieranego przez PO Kazimierza Ujazdowskiego - zwłaszcza, gdy towarzyszą mu jawne sprzeczności (niegdyś sam namawiał do głosowania na Stachowiak-Różecką, z kolei Platformie musiał obiecać otwartość na sprawę miejskiego programu in vitro).

Ciekawie może wyglądać sytuacja w Gdańsku, gdzie już robi się tłoczno. Tam klinem między obecnego prezydenta Pawła Adamowicza i kandydata PO (którym będzie być może Jarosław Wałęsa) wejdzie związany z PiS 29-letni Kacper Płażyński. Trudno nie mieć wrażenia, że kandydatura ta obliczona jest na znane na Pomorzu nazwisko, przywołujące na myśl ś.p. Macieja Płażyńskiego, współzałożyciela Platformy Obywatelskiej, dla której Gdańsk jest przecież matecznikiem. Na taki ciąg skojarzeń liczyć może PiS.

Choć premier zarządzi wybory dopiero w okresie 16 lipca-16 sierpnia (wtedy też wskaże termin wyborów - albo jedna z dwóch ostatnich niedziel października, albo pierwsza niedziela listopada), to tak naprawdę wyborczy wyścig zaczyna się już dzisiaj. To będą trzecie wybory lokalne, które będę miał okazję obserwować i relacjonować dla Państwa jako dziennikarz „DGP”. Ale po raz pierwszy czuję, że będą to jedne z najważniejszych elekcji w historii polskiej samorządności.

Bo to nie będzie tylko forpoczta przyszłorocznych wyborów parlamentarnych. To pierwszy poważny sprawdzian dla Zjednoczonej Prawicy, która 2,5 roku temu zaproponowała zupełnie odmienną wizję Polski niż PO-PSL. Wizja ta uwzględnia radykalną wymianę elit, która choć dokonuje się w polityce centralnej, świecie medialno-kulturalnym czy wymiarze sprawiedliwości, to jednak do samorządów wciąż na taką skalę nie dotarła. To będzie wskazówka od suwerena, czy na taką wizję się zgadza i czy chce więcej, szybciej, mocniej. Dla samorządów - regularnie popadających w ostre, ale przede wszystkim fundamentalne konflikty z rządem - będzie to wyraz zaufania mieszkańców. Albo czerwona kartka, wołająca o rewolucję.