Na spotkaniu z dziennikarzami Jacek Wojciechowicz - startujący w wyborach jako kandydat niezależny - wziął na warsztat kilka kluczowych obietnic dwóch kontrkandydatów.

Skrytykował np. postulaty Rafała Trzaskowskiego, by w ciągu kilku lat przygotować zupełnie nowe studium zabudowy Warszawy, uwzględniające nadchodzące zmiany społeczne. - Zapowiedź, że tam, gdzie nie będzie planów, wstrzymane będą wszelkie inwestycje, jest zwyczajnie niezgodna z prawem - zwrócił uwagę Wojciechowicz.

Inna obietnica Trzaskowskiego - ginekolog dostępny przez 24 godziny na dobę. - Faktycznie dość pożądana rzecz, tyle że dostępna w Warszawie od jakichś 30 lat - ocenił Wojciechowicz. Przekonywał też, że nie da się - tak jak by chciał tego Trzaskowski - oznaczyć wszystkie szpitale, w których lekarze kierują się klauzulą sumienia.

To nie szpitale mają sumienia, tylko ludzie. Jedyny przypadek, gdzie dyrektor szpitala zasłonił całą placówkę klauzulą sumienia, to szpital przy ul. Madalińskiego, zarządzany przez prof. Chazana. I za to dyrektor został wyrzucony - przypomniał.

Ostatnia obietnica Trzaskowskiego, którą skrytykował były wiceprezydent, to walka z tzw. "reklamozą". Chodzi m.in. o wprowadzenie regulacji, które nie pozwalałyby zasłaniać całych budynków płachtami reklamowymi. - Uchwała w tej sprawie od 2 lat czeka na uchwalenie przez radę miasta, w której większość mają przecież partyjni koledzy pana Trzaskowskiego. Dlaczego prace stoją w miejscu? Bo idą wybory. Trzeba wywieszać billboardy i plakaty. Nie warto teraz iść na wojnę z branżą reklamową - przekonywał Wojciechowicz.

Dostało się też Patrykowi Jakiemu i jego obietnicom. Pierwsze, co skrytykował były wiceprezydent miasta, to propozycja 1 tys. zł zapomogi dla osób, które przygarną czworonoga ze schroniska. Zdaniem Wojciechowicza, takie rozwiązanie będzie promować patologie. - To skrajnie głupi pomysł. Ciekawe, ilu będzie chętnych, by wziąć psa i pieniądze, by następnie wrzucić zwierzak do rzeki i udawać, że uciekł - ocenił.

Najbardziej nierealne jego zdaniem są obietnice Patryka Jakiego dotyczące metra. Po pierwsze, Jaki obiecał budowę dwóch nowych linii metra w przeciągu 5 lat. Zdaniem Wojciechowicza, miasto nie jest gotowe do tak gigantycznego przedsięwzięcia, zarówno od strony dokumentacyjnej (a to kilka lat przygotowań), jak i finansowej.

Pieniądze są zarezerwowane, ale do 2023 roku i tylko na dokończenie drugiej linii metra. Nie wiem, skąd pan Jaki wyczaruje tych dodatkowych kilkanaście miliardów złotych i myślę, że on też tego nie wie - skwitował Wojciechowicz. W jego opinii nierealny jest też postulat kandydata Zjednoczonej Prawicy, by stacja metra znalazła się w każdej z 18 dzielnic (dziś metro jest lub trwa jego budowa w 9 dzielnicach).

Pomijam sens, by doprowadzać metro np. do dzielnic willowych. Nie znam miasta na świecie, które w zabudowie willowej budowałoby linię metra. Ale obietnicę pana Jakiego można załatwić w miesiąc. Wystarczy przyjąć uchwałę rady miasta, która z 18 dzielnic Warszawy zrobiłaby 9 - ironizował Wojciechowicz.

Jak podsumował, propozycje Patryka Jakiego są nie do zrealizowania ze względów finansowych. Z kolei propozycje Rafała Trzaskowskiego może są „skromniejsze”, ale w dużej mierze już obowiązują. - To tym bardziej dziwne, że pan Trzaskowski ma chyba lepszy dostęp do informacji o mieście niż pan Jaki - dziwił się Wojciechowicz.

Przy okazji zapytaliśmy byłego wiceprezydenta o to, jak idzie zbieranie podpisów pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum w sprawie przyszłości lotniska Okęcie. Akcja zaczęła się kilka tygodni temu, a do 6 września Wojciechowicz i jego sztab musi zebrać ponad 100 tys. podpisów. Kandydat nie chciał ujawnić, ile konkretnie głosów poparcia udało się już zebrać - co w samo w sobie nie najlepiej wróży tej inicjatywie. Zresztą sam Wojciechowicz przyznał, że odkąd w życie weszło RODO.

Ponoć ludzie dużo mniej chętnie chcą się teraz dzielić swoimi danymi osobowymi (np. PESEL), które trzeba podać przy składaniu podpisu.

Wojciechowicz skarżył się też, że jako że inicjatywa referendalna jest w „jakimś sensie antyrządowa”, to wiele prywatnych firm, które chciały pomóc w zbieraniu podpisów (np. wykładanie listy poparcia w sklepach) lub deklarowały poparcie dla pomysłu, boją się w niego zaangażować.