Kacper Płażyński przekonuje w rozmowie z wPolityce.pl, że nie martwią go przedwyborcze sondaże. - W Gdańsku Prawo i Sprawiedliwość zawsze było niedoszacowane. Nie wiem też, na ile wkradł się w te badania błąd, bowiem zakładają one, że frekwencja będzie wynosić ok. 55 proc. Tyle osób zapowiedziało, że pójdzie do wyborów. W Gdańsku jest raczej tradycja niechodzenia na wybory. Wbrew temu, co mówi obecny pan prezydent, w Gdańsku panuje dość głęboka apatia społeczna, jeśli chodzi o angażowanie się w politykę - mówił.

Przekonuje, że ludzie nie mają wiary w to, iż w taki właśnie sposób mogą zmienić swoją rzeczywistość. - W ostatnich wyborach, w drugiej turze, frekwencja wyniosła 34 proc. Zastanawiam się, ile osób wśród ankietowanych, rzuciło pierwszym nazwiskiem, które przyszło im na myśl. Ostateczną weryfikacją jest dzień wyborów, a nie sondaże. Wiem, że pewnie powtarzam to jak mantrę, ale spójrzmy na prezydenta Andrzeja Dudę. Gdyby trzy lata temu sondaże miały rację, Polska wyglądałaby zupełnie inaczej - podkreślał Płażyński.

We wzajemnym atakowaniu się Jarosława Wałęsy i Pawła Adamowicza widzi, natomiast, szansę dla siebie. - Kiedy w rodzinie jest kłótnia, to często wychodzą najciekawsze kwiatki - dodawał. - Ja jestem spoza tego środowiska. Nie mam z nim nic wspólnego. Z tego tytułu nie mam też dojścia do informacji, do jakich mają dostęp panowie Adamowicz i Wałęsa. W związku z tym, są pewnie w stanie nawzajem sobie wyciągać różne kościotrupy z szafy. Paradoksalnie może to być coś dobrego dla gdańskiej demokracji.