Wolny rynek gwarantuje wolność sztuki
"Istota rynku polega na tym, że niczego nie gwarantuje, że trzeba wywalczyć na nim miejsce, które nigdy nie jest pewne ani bezpieczne. Ale na rynku artysta ma wybór" - wyznał Jan Michalski. Krakowski krytyk sztuki opowiedział nam także m.in. o negatywnych aspektach demokratyzacji kultury oraz edukacji uprawianej w otoczce sztuki.
- Caryca telewizji buduje medialne imperium
- Niemcy mają już dość kapitalizmu
- Muzeum zawiśnie nad trasą Łazienkowską
- Eurypides oswaja prawobrzeżną Warszawę
- Kultura rozbudowuje się jak za Gierka
- Żmijewski dostał 100 tysięcy dolarów
- "Polska-Niemcy.1000 lat" już za rok
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Środa 2012-05-16

temp. min 3°C max. 18°C
opady:
umiarkowane opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Jan Michalski (ur. 1961), historyk sztuki, krytyk, wydawca publikacji artystycznych. Laureat nagrody krytyki im. Stajudy. Pracuje w galerii Zderzak w Krakowie. Związany z miesięcznikiem Znak. Autor książki "Chłopiec na żółtym tle. Teksty o Andrzeju Wróblewskim"
Czy postanowił pan zostać czarną owcą środowiska artystycznego? Od paru miesięcy rozsyła pan mejlem "Rozrywki" - pamflety, które mogą to panu załatwić.
Jan Michalski: W związku z kryzysem ekonomicznym mam więcej wolnego czasu. Postanowiłem poświęcić go namysłowi nad zachodzącymi w Polsce przemianami na przykładzie środowiska
artystycznego. Świat sztuki jest dobrym polem obserwacji. Styka się w nim wiele sfer życia społecznego: ekonomia, kultura, polityka i media, nowa burżuazja, nowa biurokracja i masy, które
awansowały do klasy średniej. Stykają się w nim kapitały liczone w pieniądzach i symboliczne, wielkie ambicje i rozmaite potrzeby elementarne, materialne i duchowe.
Przedstawia się pan jako konserwatywny liberał, elitarysta, przedsiębiorca, wyznawca wolnego rynku. Jak się pan czuje w środowisku artystycznym, gdzie raczej obowiązują poglądy
postępowe, krytyczny stosunek do rynku, egalitarystyczne ambicje?
Czyli środowisko artystyczne jest w naturalny sposób lewicowe? Można by ten truizm wzbogacić, mówiąc, że lewicowa jest ta część środowiska, która chce być najbardziej widoczna. Natomiast
jego część tradycjonalistyczna, która stanowi większość, bo taka jest struktura społeczna naszego kraju, pozostaje mniej widoczna, ponieważ nie wysuwa roszczeń wobec państwa.
Administratorzy sfery publicznej starają się ograniczać w niej obecność konserwatystów i tradycjonalistów. Tak im łatwiej nią zarządzać.
Pisze pan, że wolność debaty o sztuce jest pozorem. Dusi tę wolność jakaś grupa trzymająca władzę?
Nie twórzmy spiskowych teorii, chodzi o regułę widoczną w kończącej się dekadzie. Tam, gdzie zażyłość artysty i urzędnika, który dostarcza mu pieniędzy, była zbyt silna, tam pojawiała
się tendencja do zamykania gęby krytyce. Środowisko artystyczne jest z natury konformistyczne. Pozycja społeczna artysty wbrew romantycznym iluzjom pozostaje bardzo niska. Twórca to wieczny
klient instytucji, władzy, kapitału.
W "Rozrywkach" pozwala pan sobie na prowokacje, wycieczki osobiste, balansuje na granicy obrażenia ludzi wymienianych z imienia i nazwiska. Kiedy przedstawia się pan jako
przedsiębiorca, a galerię nazywa firmą, też robi to pan, żeby rozdrażnić lewicujące środowisko artystyczne?
Galeria Zderzak, należąca do mojej żony Marty Tarabuły, to firma rodzinna, która żywi i odziewa. Jej założenie było naszym marzeniem, nie tylko o zarabianiu pieniędzy, ale przede wszystkim
o wolności i samodzielności. Wchodziliśmy w kapitalizm z wielkimi nadziejami i jako krakowscy liberałowie z pewnym przygotowaniem teoretycznym. To inna droga niż ścieżka pokolenia, które
wchodziło w dorosłe życie w rozwiniętym kapitalizmie. Dla artystów z generacji grupy Ładnie, urodzonych w drugiej połowie lat 70., myślenie w kategoriach rynku było już oczywiste. Rynek
był ich naturalnym środowiskiem.
To pokolenie, w odróżnieniu od pana, kontestuje kapitalizm. Czytał pan manifest Komitetu na rzecz Radykalnych Zmian w Kulturze opublikowany po Kongresie Kultury? Wśród jego sygnatariuszy
są czołowi polscy artyści, jak Zbigniew Libera czy Jan Simon. Chcą bronić sztuki przed niewidzialną, ale twardą ręką rynku, aby zapewnić awangardowym twórcom bezpieczeństwo socjalne i
swobodę artystyczną.
Na pana miejscu powiedziałbym "moim zdaniem czołowi polscy artyści", bo inaczej zakłada pan milcząco, że podzielam ten pogląd, a przecież mogę myśleć inaczej. A historia
tego typu manifestów jest znana w Polsce od lat 30. XX wieku. Roszczenia socjalne względem państwa to zawsze dzieła lewicowych grup wpływu, które próbują załatwiać sobie publiczne
pieniądze, czyli powiązać się z administracją państwową. Ich sens streszcza się zawsze tak: dajcie nam pensje, weźcie nas na garnuszek.





















Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!