RADOSŁAW KORZYCKI: Nadchodzi nowy rok 2010 r. Jakie zmiany przewiduje pan na geopolitycznej mapie świata?

ALVIN TOFFLER*: Nie lubię słowa "przewidywać", to mi się kojarzy z magią, szklaną kulą, jest mało naukowe. Staram jednak opierać na naukowych badaniach, dlatego też wolę słowo "prognoza". Często bowiem problemem jest doprecyzowanie czasu, w jakim to coś się ma wydarzyć.

Zatem jaka jest pana prognoza: kto wyjdzie zwycięsko z batalii o dominację? Jeden kraj czy dwubiegunowy system typu G2, stare potęgi, czyli G8, czy budzący się do życia Trzeci Świat w postaci G20?

To, czyja rola będzie rosła i kto będzie dążyć do dominacji, zależy od trybu i tempa przemian społecznych. Nie stawiałbym tu automatycznie na Chiny. To za duży kraj, by w ciągu kilku lat w całości stać się nowoczesnym, świadomym społeczeństwem, czyli postprzemysłową klasą, którą nazwałem kiedyś trzecią falą. W Chinach do tej grupy należy dziś ledwie kilkanaście milionów ludzi. Ci, których tradycyjnie nazywamy klasą średnią, stanowią jakieś 300 milionów. 900 milionów to w dalszym ciągu ludność wiejska. Oczywiście ona też się modernizuje. Docelowo nowoczesne rolnictwo, a Chiny są z całą pewnością na drodze jego stworzenia, będzie kompleksową fabryką produkującą nie tylko żywność, ale przede wszystkim energię. Poza tym wiele materiałów przemysłowych. Ale do tego trzeba bardzo wykwalifikowanej siły roboczej. Dzieci dzisiejszej klasy chłopskiej mają ułatwione zadanie, porozumiewają się z rodzicami pracującymi na roli za pomocą telefonów komórkowych, od wczesnego dzieciństwa uczą się obsługiwać komputery. I tu rodzi się tzw. czwarta fala. Ludzkość czwartej fali to ta, dla której technologia jest rutyną, co więcej, która podróżuje w kosmos. Myślę, że w kolejnym pokoleniu znacznie wzrośnie aktywność w kosmosie.

Czyli ten, kto zdobędzie kosmos, będzie rządzić światem. W takim razie pewnie zwycięży Ameryka, bo ma chyba najbardziej rozwiniętą technologię.



Stawiam raczej na Chiny. Amerykanie, od kiedy zdobyli Księżyc, przestali rozwijać się w tym kierunku. Ambicje by pewnie mieli, ale okazało się to za drogie. Rosja już dawno odpadła z wyścigu. Natomiast chiński projekt podboju kosmosu wydaje się ambitny. Jeżeli tylko Pekinowi wystarczy pieniędzy, to zostanie kolonizatorem kosmosu i to on będzie dyktować warunki.

Zostawmy na razie kosmos i porozmawiajmy o sprawach przyziemnych. Czy pana zdaniem ocaleją stare potęgi, jak Francja czy Wielka Brytania?

Unia Europejska, chociaż się rozrasta, staje się z dnia na dzień coraz słabsza. Wbrew pozorom dominuje tam bardzo anachroniczne myślenie, wsteczne w stosunku do np. chińskiej doktryny rozwoju. Europa myśli dalej w kategoriach drugiej fali, czyli rewolucji przemysłowej przełomu XIX i XX wieku. Państwa Starego Kontynentu są przekonane, że postęp to budowanie nowych fabryk, u siebie albo w krajach Trzeciego Świata. Najnowocześniejsze kraje UE to maluchy, np. Finlandia czy Słowacja. One posługują się kategoriami trzeciej fali. Ale im samym nie uda się ocalić Unii przed powolnym zapadaniem się.

Czyli przyszłość należy do Azji?

Owszem, i nie mam na myśli wyłącznie Chin. Chodzi o społeczeństwa, które będą chciały się kształcić, korzystać z nowych technologii.



A w takim razie co się stanie ze słabnącym, ale bądź co bądź panującym jeszcze liderem świata, czyli Ameryką?

Ma większą szansę na pozostanie poważniejszym graczem w globalnej rozgrywce niż Unia Europejska. W końcu to Ameryka inspirowała Azjatów. Chiny nie osiągnęłyby swojej mocarstwowej pozycji bez pomocy USA. Ale problemem może się okazać długofalowy kryzys. Ten kraj nie tylko traci cały swój ekonomiczny ale przede wszystkim finansowy potencjał. Powoli kurczy się jego autorytet w sprawach kulturowych czy naukowych. Przecież masa młodych, pochodzących z Chin czy Indii absolwentów tamtejszych uczelni – w dalszym ciągu najlepszych na świecie – wraca do ojczyzn i tam służy w budowaniu potęgi. Poza tym Amerykę upośledza poziom jej politycznej debaty. Niby Barack Obama miał coś zmienić, wnieść nową jakość, ale rok po wyborach dyskurs polityczny, szczególnie na prowincji, nie bardzo różni się od tego z lat 30. XX wieku.

Czyli inni będą słabnąć, a świat zdominują Chiny?

Mit o mocarstwowości Chin staje się powoli na Zachodzie kliszą. Stwierdzienie, że Chiny wkrótce będą geopolitycznym liderem, brzmi dzisiaj jak banał. To zbyt uproszczona wizja. Państwo Środka jest bardzo skomplikowaną strukturą, czeka je jeszcze wiele dołków. Żeby się dalej rozwijać, Pekin powinien uwolnić walutę, zrezygnować z utrzymywania sztywnego kursu juana.



Tymczasem trwają rosyjsko-amerykańskie negocjacje w sprawie nowego traktatu o rozbrojeniu z broni strategicznej. Wedle niezależnych od siebie źródeł rozmowy idą kiepsko. Czy we współczesnym świecie, kiedy Iran i Korea Północna pilnie zbroją się w atom, możliwy jest powrót do scenariuszy z zimnej wojny, czyli perspektywy nuklearnego konfliktu?

Szansa na wojnę atomową jest dzisiaj jak jeden do miliarda. To się po prostu nie stanie. Zaproponowane przeze mnie prawdopodobieństwo znacznie wzrosłoby jedynie wtedy, gdyby w posiadanie broni nuklearnej weszli terroryści, ale to też raczej skończyłoby się jakimś epizodem, wielką, bo wielką, ale raczej jednorazową tragedią. A wojną tylko w skrajnym przypadku.

p



*Alvin Toffler

amerykański pisarz i futurolog