Pierwszy polski czytnik książek zwiastuje rewolucję, która wywróci do góry nogami rynek wydawniczy i zmieni nasze zwyczaje lekturowe. E-booki, już teraz tańsze od tradycyjnych tytułów o połowę, są dostępne w sprzedaży okrągły rok przez całą dobę, zniknie więc problem dystrybucji i wyczerpanych nakładów. Wielkie zmiany czekają biblioteki publiczne. Z jednej strony książnice zanotują lawinowy spadek odwiedzających, bo czytelnicy będą korzystali ze zdigitalizowanych zbiorów bez wychodzenia z domów. Ale zyskają też wielu nowych użytkowników, którzy skorzystają z możliwości szybkiego dostępu do scyfryzowanych zasobów.



Na razie jesteśmy jeszcze na progu zmian. Podstawową barierą są ceny czytników, które wahają się od 900 zł wzwyż. W przypadku polskiego rynku e-booków dochodzi też skromna oferta tytułów. W obrocie znajduje się dwa tysiące e-książek, podczas gdy rocznie ukazuje się u nas około 22 tys. tytułów papierowych. Nic dziwnego, że wartość tego segmentu stanowi zaledwie promil procenta całych obrotów branży wydawniczej. Co więcej, większość stanowią pozycje specjalistyczne i poradnikowe, a nie literatura piękna. Rozszerzenie oferty jest jednak kwestią czasu. Najważniejsi polscy wydawcy prowadzą negocjacje z firmą Kolporter (na współpracę zdecydowało się już m.in. W.A.B.). Szacuje się bowiem, że za dwa, trzy lata czytniki stanieją do 100 dolarów za sztukę i wtedy branżę czeka trzęsienie ziemi.


E-book już dziś wygrywa z tradycyjnymi publikacjami nie tylko ceną, dostępnością, ale też szybkością zakupu. W amerykańskiej księgarni internetowej Amazon (350 tysięcy tytułów w ofercie!) zakup i ściągnięcia e-książki na czytnik Kindle trwa zaledwie kilkadziesiąt sekund, zaś w eClicto zajmuje to około 10 minut. Czas operacji się skróci, jeśli producenci polskiego e-readera dogadają się z operatorami sieci komórkowych. Wtedy będziemy mogli ściągać e-książki tak szybko jak Amerykanie. Ponadto w ofercie pojawi się też możliwość pobierania polskojęzycznych gazet (eClicto chce to wprowadzić jeszcze w tym roku).

Na tym nie skończą się nowinki. Specjaliści z branży przewidują, że w drugiej połowie dekady czytniki będą kolportowane w formie abonamentów, tak jak telefony komórkowe, i dostępne za złotówkę. Użytkownik otrzyma miesięczny pakiet darmowych tytułów, a resztę będzie musiał dokupić. Chyba najbardziej futurystyczne prognozy dotyczą wykorzystania czytników w szkołach. W niektórych krajach na Zachodzie eksperymentalnie używa się e-readerów zamiast wybranych podręczników analogowych. To rozwiązanie budzi stosunkowo niewielkie opory wśród zdeklarowanych wrogów elektronicznych nośników pisma. Argument o odchudzeniu uczniowskich tornistrów i studenckich plecaków, nie mówiąc już o ochronie lasów, powinien przekonać ortodoksów, którzy alarmują, że to krok do wyrugowania książki ze społecznego obiegu.

Książka, także papierowa, nie zginie, choć zmniejszy się krąg jej odbiorców. Być może stanie się drogim souvenirem, kupowanym głównie przez kolekcjonerów i zatwardziałych bibliofilów. Korzyści z upowszechnienia e-booków to zrekompensują. Jeśli zasoby światowych bibliotek zostaną zdigitalizowane, czeka nas rozwój czytelnictwa, jakiego w dziejach jeszcze nie było. Mieszkaniec Koziej Wólki nie wychodząc z domu, będzie miał bezpłatny dostęp do całego piśmiennego dorobku ludzkości. Gutenberg, który odkrył druk, z takiej śmierci swojego wynalazku na pewno by się ucieszył.

Na naszą prośbę pierwszy krajowy czytnik testują wybitni polscy pisarze.


Piotr Siemion (pisarz, tłumacz, autor "Niskich łąk", "Finimodo")

LITWO, OJCZYZNO MOJA, ENTER

Sytuacja przypomniała mi furiacką reakcję Tadeusza Różewicza na wypowiedź Marka Hłaski, że "ludzkość to kupa zwierząt pełzających po gównie, a ja zakochałem się w samochodzie". Ja też się zakochałem, i to, co gorsza, nie w kobiecie ani w chromowanym buicku, ale w elektronicznej zabawce. Nazywa się e-book, czyli książka elektroniczna. Robią to na Tajwanie, sprzedaje to u nas serwis eClicto, taki nasz czereśniacki, internetowy Amazon. Jak to z miłością, komentarze przyjaciół są bezlitosne. To nie książka, tylko gadżet! Nie jestem do końca głuchy na te reakcje ludzi kultury, którzy wzdychają za książką papierową, pachnącą klejem, pożółkłą i wierną, tą samą od czasów Gutenberga. Papierową książkę można kartkować, można ją nosić na piersi albo cisnąć nią w kota. Papier rulez. Projekt Gutenberg, trwające od ćwierć wieku wysiłki, by pisemny dorobek ludzkości przenieść do sieci, to dla tych ludzi tylko ciekawostka. Ale ja, niestety, nie kocham już zakurzonych szpargałów. To miłość. Zakochałem się, więc nie przeszkadza mi, że przedmiot moich westchnień ma tyle wad. Tło jest szarawe, jak gdyby literki wydrukowano na wstędze papieru toaletowego taniej marki. Akapity trochę się rozłażą. Strony przewraca się bulwiastym guzikiem, który uniemożliwia kartkowanie osobie o normalnej liczbie kciuków. Dlaczego więc nie umiem odłożyć tego plastikowego prostokącika z powrotem do pudełka? Czuję się trochę jak warszawski biznesmen sprzed 20 lat, z dumą wykładający na stolik w Marriotcie nowiutką, sześciokilogramową komórkę z Centertela. Z jednej strony urządzenie jest toporne, nieporęczne i drogie. Z drugiej strony zaczyna nam świtać, że być może nic nie będzie już takie jak przedtem. Są wynalazki, które zmieniają cywilizacyjne wzory. Internet, telefonia komórkowa... Czyżby teraz e-book?

Mój plastikowy fetysz mieści w sobie wszystkie lektury szkolne, których nie miałem okazji przeczytać 30 lat temu. Do tego "Sherlock Holmes" i Szekspir, w obu językach. Parę najnowszych bestsellerów i poradników, dodane przez sprzedawcę na zachętę. Powieść Jacka Dehnela, żeby trochę skomplikować doznania. W sumie sto książek, a kolejne można za opłatą ściągnąć z witryny internetowej. Prostokącik z wyświetlaczem (biernym, nie bolą od niego oczy) to drzwi prowadzące w nieskończoność Borgesowskiej biblioteki. Wszystko, co napisano, może się błyskawicznie znaleźć tutaj. Wyciągam co rusz mojego e-booka z kieszeni (mieści się, a jakże – może nie w dżinsach, ale w wewnętrznej kieszeni marynarki) i odpływam w kolejną podróż. Kciuk boli, literki trochę pływają, ale już wiem, że za pięć i dziesięć lat będę papierowe książki wąchał w drogich butikach. Podobnie stanie się z gazetami. Cały kiosk zmieści się w kieszeni. A po drodze przejdziemy przez wojnę formatów. Mój czytnik używa szyfrowanego formatu EPUB, ale łyka też PDF i odtwarza muzykę w mp3. Jednym słowem - gra, goli i krawaty wiąże... Wielkie firmy od czytników, jak Amazon czy B&N, starają się wprowadzić jedyny słuszny format, stać się monopolistą. Internetowi piraci na pewno jednak coś wymyślą, będą łamać wszelkie zabezpieczenia i tak zacznie się kolejna wojna, która wymusi nareszcie zmiany w zaskorupiałym prawie autorskim. Czytnik nie będzie kosztował 900 złotych, jak dzisiaj, tylko 300, a elektroniczna powieść nie 20 peelenów - jak w eClicto moje "Finimondo" - tylko piątaka. I wtedy naprawdę już będzie się działo. Technologia, którą trzymam w ręku, to etap przejściowy. Dokąd prowadzi to przejście, tak do końca nie mam pojęcia. Ale wiem, że już dzisiaj chciałbym tam się znaleźć.


Dorota Masłowska (pisarka, autorka "Wojny polsko ruskiej", "Pawia królowej")

HAMLET NA PAŹDZIERZOWYM EKRANIE

Jestem dość oporna, jeśli chodzi o sensacje technologiczne, nie przechodzą mnie dreszcze wieczności na widok nowych modeli PSP i palca zanurzającego się w ekranie iphone’a. Ipody wybieram najprostsze, bo mi się gubią, a telefony zawsze Nokia 123, bo tylko je umiem obsługiwać. Dlatego nie wiem, czy jeśli nawet czytnik eClicto miałby strony do przewracania palcem i elektroniczne rogi do zaginania oraz wbudowaną książkę telefoniczną całego świata, zdołałby wzbudzić mój zachwyt. A że wszystkich tych rzeczy absolutnie nie posiada, topornym interfejsem do złudzenia przypomina MS-DOS, jałowością obsługi mój pierwszy telefon Sagem z porowatego plastiku, jest nieinteraktywny, nie ma jeszcze oprogramowania kompatybilnego z Macami, a całą tę daremność osłodzić próbuje mi wbudowane mp3, to sprzęt ten zrobił na mnie wrażenie bardzo mi niepotrzebnego.

To, że delikatnie oświetlony ekran, a jednocześnie duży kontrast czcionki z tłem osoby dużo czytające mniej tłucze po oczach i to, że czytnik waży ułamek tego, co setki książek, które może pomieścić, to niewątpliwie zalety. Ale jakby jedyne. Może to być dobre rozwiązanie dla studentów, bo stanowi alternatywę dla fruwających kserówek, a przy usilnym pytaniu swojego serca, do czegóż jeszcze mógłby się eClicto przydać, przychodzi mi do głowy, że może to i być przydatne jako baza danych czy przenośna biblioteka. Jednak już jakiekolwiek poruszanie się po niej, szybkie szukanie fragmentów, wynotowanie czegokolwiek, przy tym interfejsie wydaje się raczej niemożliwe, przynajmniej dla osoby informatycznie przeciętnie biegłej. A czy czytnik ułatwi jakoś znacząco życie zwykłym czytelnikom? Z pewnością nie tym wrażliwszym na konwenanse, bo widok "Hamleta" na paździerzowym ekranie budzi jednak napad śmiechu.

Zapewne na początku lat 90. wyciągane zza kreszowej pazuchy drewniane telefony komórkowe też żenowały swoją zbędnością. I można sobie wyobrazić, że za parę lat zmarznięte panie w podziemnych przejściach zamiast targających się potem wszędzie płacht Metra, będą wręczać jednorazowe karty pamięci z aktualnym numerem. I to może nawet byłoby dobre. Na pewno przysłużyłoby się paru drzewom w istnieniu i bardzo wielu hektarom papieru pełnego bzdur w nieistnieniu. Ale co do książek? Czy książka nie jest jednak bardziej przedmiotem? Czy nie ładuje jej się elektrycznie, trzymając w rękach, patrząc w nią godzinami, odkładając na stolik w pociągu, trzymając w torebce, zostawiając na stronach odciski palców, resztki jedzenia i drobinki śliny? Ja na przykład lubię wyszmelcowane książki z biblioteki, pozakreślane przez studentów polonistyki wszystkich pokoleń i poznaczone śladami kubków herbaty. Lubię popularną na Zachodzie ideę zostawiania przeczytanych książek na ulicy dla przechodniów i lubię wyciągać książki ze śmieci. Trudno mi się zgodzić na książkę wirtualną, książkę-ideę istniejącą w oderwaniu od kartki, okładki, autora, właściciela, choć pewnie już w przyszłym roku będzie oczywistością.

Cena eClicto to około 900 złotych. Ja dałabym 65 złotych, tyle z własnej woli byłabym skłonna zapłacić, bo może ostatecznie przydałby mi się do jeżdżenia pociągiem. Pozostałe pieniądze wolałabym wydać w zwykłej, niewirtualnej księgarni na zwykłe, niewirtualne książki z papieru papierowego i płyty winylowe Wandy i Bandy.


Marek Bieńczyk (pisarz, eseista, tłumacz, autor "Tworek", "Terminala")

ECLICTOR PODRÓŻNY

Wiozłem eclictora trzema pociągami, wysiadałem w czterech miastach i pomyślałem po powrocie, że można dzięki niemu ulżyć własnemu złudzeniu i że to największa jego zaleta. Bo skoro zawszę biorę w podróż (podejrzewam, że tak jak wielu z nas) tuzin książek i niemal żadnej nie otwieram, to lepiej, żadnej nie otwierając, wziąć ze sobą sto książek, które nic nie ważą. To nie złośliwość wobec urządzenia, lecz próba realnej oceny sytuacji czytelnika-podróżnika. Z jednej rzeczy nigdy on nie zrezygnuje: ze świadomości, że ma coś do czytania. To ją się przede wszystkim zabiera w drogę, a nie same książki. Musimy mieć komfortowe poczucie, że nigdy nie zabraknie nam czegoś do lektury. A podróż to podróż, okazuje się, że czasu i ochoty jest mniej, niż zakładaliśmy.

O eclictorze myślę więc tylko jako o sprzęcie emigracyjnym, towarzyszącym krótszemu czy dłuższemu opuszczeniu domu. Używanie go u siebie wydawałoby mi się perwersją, piciem wody z kranu obok źródła.

Sama obsługa, nawet w trzęsącym się wagonie, jest prosta, także dla tak zwanej umysłowości humanistycznej, czyli niedorozwiniętej. W istocie powtarza się jeden gest, naciska jedną strzałkę. Naciska bez przerwy, przy formacie liter ustawionych na 100 proc. ich zakładanej optymalnej wielkości, ekran jest wypełniony kilkoma linijkami; schodząc do 60 proc., otrzymujemy na ekranie około trzech czwartych strony i palec może odpocząć.

Wybierałem tylko tę ostatnią opcję. Litery były małe, lecz dość dobrze czytelne. A wybierałem tak z prostej przyczyny: chciałem mieć przed oczyma coś jak najbardziej zbliżonego do strony książkowej. Innymi słowy, zminimalizować stratę, jaką jest zamiana książki w tekst, przedmiotu w erzac.

Ta zamiana jest oczywiście bolesna. Najistotniejsze dla nas książki, a nawet mniej istotne, pamiętamy również jako przedmioty. Pamiętamy ich okładkę, czcionkę, rodzaj papieru. Przedmiot zachowywał ślady, niszczał i to zużycie też miało duchową wartość. Ten materialny wymiar książki, tylekroć podnoszony w dyskusjach o książkach elektronicznych, dotyczy też samej typografii. Nie jest obojętne, jak graficznie wygląda cała strona, gdy czytamy wiersz czy powieść. Albo gdy kończyło się czytać powieść i po ostatnim zdaniu zostawała do końca niezapełnionej strony biel. Wpatrywało się w nią przez dłuższą chwilę, kontemplowało jej milczenie, wyciszało w niej emocje.


Nie mogę więc sobie wyobrazić, by eclictor mógł dawać tę samą przyjemność lektury co książka. To wszystko są jednak nostalgiczne, nieco pięknoduchowskie żale, pal je licho, trudno. Mając eclictora w dłoni, trzeba je puścić w niepamięć, czerpać, ile można, z oferowanych konkretnych możliwości. W końcu otrzymujemy pełne wydanie tekstu (dramatu Mickiewicza, powieści Stevensona), żadnych skrótów, żadnych streszczeń i redakcyjnych czy szkolnych obróbek, jak tu narzekać. Nie możemy co prawda robić na tekście notatek, cofanie się, by przypomnieć sobie ten czy inny dialog, opis, wymaga zbyt dużej cierpliwości – to są praktyczne niedogodności przy całej wielkiej praktyczności urządzenia.

Niepokoi mnie w eclictorze jeszcze jedno. Jest zbyt technicznie dobroduszny, może także pełnić funkcję mp3. Więc obawiam się, że będzie to w wielu wypadkach wyglądało jak zawsze: zaczyna się od obietnicy lektury, a kończy na muzyce i dręczeniu sąsiadów w przedziale.



Wisława Szymborska (poetka, laureatka Nagrody Nobla)

NAJWYGODNIEJSZA FORMA ISTNIENIA KSIĄŻKI

Nie miałam jeszcze możliwości, żeby się do tego wynalazku przyzwyczaić, ale uważam, że na pewno byłby mi przydatny w pociągu, w samolocie, w podróży, zamiast wożenia ze sobą grubych powieści. Zapewne przyzwyczaiłabym się do niego dość szybko, bo ma niewiele guziczków. Nie wiem, czy przydałby mi się w domu, bo tu lubię mieć książkę w ręku, lubię jej materialność, marginesy, na których można robić notatki. Nie uważam, żeby to urządzenie mogło zastąpić książkę. Jest formą jej istnienia, ale na pewno nie tą jedyną i nie tą najważniejszą. Za to czasami – na pewno najwygodniejszą.


Jakub Żulczyk (pisarz, felietonista, autor "Zrób mi jakąś krzywdę", "Radio Armageddon")

ECLICTO TO ŻYWA PREHISTORIA E-BOOKÓW

Powiem wprost – jeśli urządzenia do czytania e-booków będą prezentowały się tak jak reader firmy eClicto, jestem zupełnie spokojny o przyszłość papierowej książki. Jednak nieważne, jak wyewoluują i jaką częścią rynku wydawniczego stanie się książka elektroniczna, jestem pewien, że nie oznacza to śmierci papieru. Przynajmniej jeśli chodzi o szeroko pojętą literaturę piękną. Czytanie bowiem literatury pięknej, czytanie dla przyjemności, czynność, którą wykonujemy w momentach tak zwanego czasu wolnego i z reguły dla szeroko pojętej rozrywki, jest również obcowaniem z przedmiotem, czyli książką. Przedmiotem namacalnym, mającym swoją wagę, wygląd i miejsce na półce. Czytanie jest trwałym i bezpośrednim kontaktem z tak zwanym nośnikiem. Słuchając płyt czy oglądając filmy, obcujemy z nośnikiem tylko przelotnie – wkładając go do odtwarzacza. Czytanie natomiast to również miętoszenie okładek, przewracanie stron, zaginanie rogów, podkreślanie ulubionych zdań.

Co nie oznacza, że nie wierzę w czytniki książek elektronicznych. Te wszystkie drobne rytuały raczej nie funkcjonują, gdy np. uczymy się do egzaminu bądź przedzieramy przez lekturę szkolną. Uważam, że mają one potencjał bycia świetnym narzędziem, które zdobędzie wielki sukces i przejmie spory wycinek rynku wydawniczego. Readery mogą być przecież doskonałym narzędziem dla studentów, naukowców, wszelakich analityków, ludzi, którzy z racji zawodu muszą przedzierać się przez zwały tekstu czytanego, niekoniecznie dla pasji bądź odpoczynku. Moim zdaniem czytniki e-booków są wręcz stworzone do podręczników, roczników statystycznych, prac naukowych, a z drugiej strony przewodników turystycznych, wszelkiej maści poradników, książek kucharskich. Nie będziemy przecież zaczytywać się w przepisie na pieczeń, którą trzeba zrobić na niedzielny obiad – potrzebujemy go szybko, zaraz i bez przedzierania się przez pięćset stron kucharskiej księgi.

Jednak aby tak się stało, czytniki e-booków muszą być dużo bardziej zaawansowanymi urządzeniami niż obskurny, przedpotopowy i radykalnie toporny w obsłudze eClicto. Zbaraniałem, gdy zobaczyłem, że mam do dyspozycji czytnik książek elektronicznych pozbawiony kolorowego wyświetlacza (jak czytać w takim razie na tym urządzeniu nie tylko np. przewodniki, ale chociażby elektroniczne wydania tygodników?), ekranu dotykowego, co likwiduje wszelkie funkcje, które na zdrowy rozsądek taki e-reader powinien mieć, czyli: możliwość podkreślania i zaznaczania tekstu, robienia własnych przypisów, adnotacji i notatek, wstawiania elektronicznych zakładek, zmiany czcionki i jej kroju (fabryczna, wmontowana w czytnik bezszeryfowa czcionka jest po prostu obskurna), w końcu tworzenia własnej mapy odnośników po tekście. Przecież bez tego możliwość uczenia się z e-readera jest po prostu żadna. Wierzę w e-booki i z chęcią używałbym kiedyś takiego urządzenia, chociażby do czytania prasy czy specjalistycznych tekstów pod kątem researchu do własnych książek. Ale na pewno nie mam najmniejszej ochoty używać potwornego w obsłudze i niedającego żadnej przyjemności czytania eClicto.