Mandarynkowa rewolucja przeciwko Kremlowi
Obywatele Kaliningradu mają dosyć. Przejadły im się rosnące koszty utrzymania, przerost biurokracji, wyższe podatki i autorytarne rządy. W najbardziej wysuniętej na zachód enklawie Rosji 2 tys. osób protestowało w ubiegł sobotę, z parasolami, które chroniły ich przed ulewnym deszczem, i z mandarynkami w garści.
- Lepszy bunt obywateli niż gniew wierzycieli
- "Wolność to inwestycje"
- Rosjanie odważyli się protestować
- Jaruzelski utrudnia wyjazd Kaczyńskiemu
- Takie łapówki płacą koncerny
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Wielu kaliningradczyków miało kłopoty z wyjaśnieniem, co łączy mandarynki z ich postulatami. Przeważał pogląd, że ten owoc w jakimś stopniu przypomina ich gubernatora Gieorgija Boosa, który albo zbyt obficie się korzysta z makijażu przed wystąpieniami telewizyjnymi, albo przesadził ze sprejem samoopalającym. Protestujący wznosili okrzyki „Boos do dymisji”, trzymając mandarynki w górze, i mniej więcej po godzinie rozeszli się do domów. Nieszczęsny gubernator zadeklarował później na konferencji prasowej, że nie ulegnie naciskom „1 – 2 proc. ludności” i dosłuży do końca kadencji.
Kaliningrad, enklawa rosyjska nad Morzem Bałtyckim, był jednym z około 50 miast rosyjskich, w których w sobotę odbyły się demonstracje. Luźna koalicja grup opozycyjnych mówi o Dniu Gniewu odzwierciedlającym napięcia między Kremlem a odległymi regionami Rosji, która obejmuje 11 stref czasowych.
Eksperci są zgodni, że jeśli w Rosji miałaby wybuchnąć mandarynkowa wersja ukraińskiej pomarańczowej rewolucji z 2004 r., to jeszcze trochę na nią zaczekamy. Frekwencja była znacznie niższa od oczekiwanej przez organizatorów. Kreml próbuje dokooptować przywódców opozycyjnych, co dowodzi, że napięta atmosfera w obwodach zaczyna budzić zaniepokojenie rządu centralnego.
Rosja zawsze miała problemy z zarządzaniem swoim ogromnym terytorium. W latach 90., za prezydenta Borysa Jelcyna, obwody zyskały bezprecedensowy stopień autonomii. Otrzymały między innymi prawo wyboru swoich gubernatorów. Cofnął to Władimir Putin, były prezydent i obecny premier. Kreml znowu ściśle kontroluje regiony, mianuje gubernatorów, uchwala przepisy i dławi opozycję. Ale teraz, po wybuchu kryzysu gospodarczego, kremlowska machina zaczyna się sypać.
Analitycy mówią, że kształtują się nastroje, o których przed kryzysem nie było mowy. Protesty były wtedy ograniczone do Moskwy i koterii działaczy demokratycznych, tudzież emerytów domagających się podwyżek świadczeń. W sobotnich protestach brały udział wszystkie grupy wiekowe i ideowe, od demokratów po skrajnych nacjonalistów. – Zasięg geograficzny był imponujący – mówi Nikołaj Pietrow z moskiewskiego instytutu badawczego Carnegie Center. Pietrow zgadza się z innymi komentatorami, że główną przyczyną protestów jest kiepska sytuacja gospodarcza. W latach 1999 – 2008 PKB prawie się podwoił, ale w ubiegłym roku spadł o niecałe 10 proc. W styczniu znowu zanotowano wzrost, ale dotacje dla regionów obcięto. – Kryzys dociera do regionów, które rok temu go nie odczuwały – mówi Pietrow. – Słynna umowa społeczna Putina, polityczna bierność w zamian za rosnący poziom życia, dobiega końca.
>>>Czytaj dalej>>>





















Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!