"Karetka nie czekała na prezydenta pod płotem"
Karetka nigdy nie stoi ani na terenie rezydencji prezydenta na Helu, ani nawet w jej pobliżu. A nawet gdyby stała, to i tak płaciłoby za to MSWiA. Kancelaria Prezydenta odpowiada na żądania gdańskiego szpitala. Placówka chce od niej zwrotu pieniędzy za dyżury karetki w czasie pobytu Lecha Kaczyńskiego na Helu. A Kancelaria twierdzi, że żadnych dyżurów nie zamawiała.
- Minister Tuska: Prezydent powinien zapłacić za karetkę
- Rządowy szpital pozywa prezydenta za długi
- Szef SLD: Niech prezydent ujawni stan zdrowia
- Pogotowie robi z karetek taksówki
- Dorn nie zapłacił za karetkę
- Wolne miejsce w szpitalu? Sprawdzą online
- Pogotowie odesłało staruszkę do... księdza
- Sejmowe limuzyny jak taksówki
- Kolejny szpital narzeka na prezydenta
- Poznamy stan zdrowia prezydenta
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Środa 2012-05-30

temp. min 3°C max. 22°C
opady:
brak
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Przez 71 dni karetka reanimacyjna z pełną ekipą medyczną dyżurowała przy prezydenckiej rezydencji w Juracie. Do dziś - a dyżury miały miejsce w roku 2006 - nikt szpitalowi za tę usługę nie zapłacił. To wersja dyrektora szpitala MSWiA w Gdańsku Grzegorza Suta, który postanowił dług wyegzekwować w sądzie. Chodzi o 214 tysięcy złotych.
Kancelaria Prezydenta odpiera zarzuty. Jej zdaniem, karetka nigdy nie parkowała pod płotem rezydencji w Juracie. Szpital był jedynie informowany o tym, że na półwysep przyjeżdża osoba chroniona przez BOR, i że ewentualnie trzeba jej będzie zapewnić pomoc. "Do tej pory karetka nigdy nie była wzywana" - zapewniają prezydenccy urzędnicy. A nawet, gdyby była, to za jej wezwanie i tak musiałby zapłacić BOR, czyli MSWiA, a nie Kancelaria Prezydenta. Tak mówią przepisy.
Z kolei szefostwo resortu spraw wewnętrznych tłumaczy, że zgody na wypłatę pieniędzy nie dał ówczesny dyrektor departamentu zdrowia. "Uznał, że byłoby to niezgodne z przepisami" - mówi rzeczniczka ministerstwa Wioletta Paprocka.
"W praktyce wygląda to tak, że BOR informuje resort, w jakim okresie i gdzie będzie przebywać prezydent, a ministerstwo zwraca się do podległego mu szpitala o zabezpieczenie pomocy medycznej i później za to płaci. O to, dlaczego wówczas podjęto inną decyzję, trzeba pytać ówczesne kierownictwo MSWiA" - tłumaczy Paprocka. W 2006 roku szefem resortu był Ludwik Dorn.






















Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!