Sześciolatek zaginął wczoraj przed południem. Wyszedł na chwilę z psem. Gdy długo nie wracał, zaniepokojona matka ruszyła na poszukiwania i dopiero późnym popołudniem powiadomiła policję.

50 policjantów i 120 żołnierzy do nocy przetrząsało pola i zagajniki. Pomagali im mieszkańcy wsi. Akcję przerwano późnym wieczorem i rano wznowiono. Chłopczyka szukało kilkaset osób. Nad okolicą krążył policyjny śmigłowiec.

Przez kilka godzin wysiłki nie przynosiły rezultatu. Znaleziono jedynie smycz psa, z którym na spacer wyszedł sześcioletni Bartosz. Potem znalazł się pies. Po prostu zaczął szczekać, bo wystraszył się hałasującego śmigłowca. To zwróciło uwagę policjantów. Okazało się wtedy, że w polu śpi sześcioletni Bartosz. Był wyczerpany i przestraszony.

Policyjny śmigłowiec natychmiast przetransportował malucha do szpitala. Na szczęście chłopczyk jest tylko wyziębiony. Grozi mu co najwyżej katar - uspokajają lekarze.