Miał być paraliż, ale uprzykrzanie życia nie do końca udało się kierowcom tirów. Tylko nieliczni z nich przystąpili do protestu i rzeczywiście zwolnili do ślimaczego tempa.

Czasem trudno było jednak powiedzieć, czy sznur aut na drodze był efektem protestu, czy zwykłego korka - spowodowanego wypadkiem lub remontem jezdni.

W niektórych miejscach - na przykład w Szczecinie - tiry blokowały ronda, jeżdżąc po nich w koło. Ale większość ciężarówek jeździła jednak z normalną prędkością.

Powody były różne. Niektórzy kierowcy po prostu się bali - nie tylko opóźnień, ale i mandatów, które grożą za tarasowanie drogi. Inni uważają, że taka forma protestu jest śmieszna i chcą jej zmiany.

Jednak Jan Buczek, prezes Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych, powiedział w RMF FM, że w proteście uczestniczyło kilkadziesiąt tysięcy ciężarówek.

Czego domagają się transportowcy? Przede wszystkim obniżenia ceny oleju napędowego, który leją do baków swoich aut. Nie chcą likwidacji winiet. Związkowcy domagają się także udrożnienia przejść granicznych na wschodzie Polski i "złagodzenia skutków wysokiego kursu złotówki w stosunku do euro".

"Wiemy, że akcja wywoła ogromne problemy komunikacyjne, ale nie czujemy się za nie odpowiedzialni. To rząd zignorował naszą akcję ostrzegawczą z 11 czerwca i zmusił nas do zaostrzenia formy protestu" - zapowiadał przed protestem prezes Buczek.