Zmiany nie dotkną na razie czwartej zmiany, która wyjeżdża do Afganistanu w sierpniu. Blisko 80 ludzi wchodzących w jej skład będzie służyć jak dotąd, w najbardziej niebezpiecznej, południowej części tego kraju.

Zmiana piąta, która wyruszy do Afganistanu w lutym 2009 r. ma być już tylko w połowie złożona z komandosów GROM. Resztę stanowić będą komandosi z Formozy (jednostki specjalnej marynarki wojennej) oraz z 1. Pułku Specjalnego z Lublińca. Z kolei zmianę szóstą, która wyruszy tam za rok, utworzą wyłącznie żołnierze z Lublińca. Piąta i szósta zmiana trafią do bardziej bezpiecznej prowincji Ghazni, gdzie od listopada skoncentruje się Polski Kontyngent Wojskowy.

GROM wróci do kraju. Będzie się szkolić. Jednostka ma w tej chwili tylko dwie zmiany gotowe do tego, aby na przemian jeździć na misję. A powinny być co najmniej trzy - po to, aby jedna grupa komandosów mogła brać udział w operacjach, druga - odpoczywać po misji, a trzecia - szkolić się. - Jest tu pewien problem, ale jak najmniej powinno się o tej jednostce mówić - mówi nam krótko gen. dyw. Włodzimierz Potasiński, dowódca Wojsk Specjalnych.

Problemów nie powinno być, bo w ostatnich latach jednostka rozrosła się z 250 do 500-600 ludzi. Jednak wg komandosów selekcja do jednostki była mało rygorystyczna. Poza tym znaczną część nowych ludzi stanowią logistycy.

Brakuje tzw. operatorów, czyli żołnierzy gotowych do bezpośredniego udziału w akcjach. W latach 2004-2005 z GROM na własną prośbę odeszło 30 żołnierzy. Z kolei w latach 2006-2007 kolejnych 33. Wśród tych ostatnich było sześciu dowódców grup i zespołów bojowych.

Takie odejścia to duża strata dla jednostki. Ci żołnierze szkolili się przecież z najlepszymi jednostkami specjalnymi na świecie, np. amerykańską Deltą. I mieli unikalne doświadczenie zdobyte podczas operacji specjalnych w Iraku i Afganistanie. A to nie koniec exodusu. Kolejnych ośmiu komandosów odchodzi w tym roku. Szef Sztabu Generalnego gen. Franciszek Gągor, któremu od grudnia 2007 r. podlega GROM (wcześniej podlegał on szefowi MON), bagatelizuje sprawę: "Jedni odchodzą, drudzy przychodzą" - mówi.

Odbija się to jednak na poziomie jednostki. Delegacja MON, która wiosną tego roku przebywała w Afganistanie, miała usłyszeć od przedstawicieli sojuszniczych sił specjalnych, że "poziom wyszkolenia GROM na tyle się obniżył, że sojusznicy nie chcą z nim współpracować".

"Brytyjczycy nie chcą, abyśmy razem z nimi brali udział w operacjach, mocno pogorszyła się współpraca z USA" - mówi DZIENNIKOWI jeden z komandosów. Gen. Gągor nie chce zgodzić się z tym, że GROM spada do drugiej ligi: "Moim zdaniem poziom wyszkolenia rośnie" - odpowiada.

Innego zdania są żołnierze GROM. "Komandosów wysyła się na kursy ogólnowojskowe, na których tylko tracą czas. Na kursie łącznościowym we Włoszech jeden z kolegów szkolił się np. z obsługi stacji, jakiej GROM używał pięć lat temu!" - opowiada. Dodaje, że niegdyś nawet łączności GROM uczył się od elity: Delty i SAS.

Zdaniem twórcy GROM gen. Sławomira Petelickiego sytuacja pogorszyła się jeszcze po tym, jak w marcu minister obrony pozbawił jednostkę dowódcy. "Nie można tego robić, gdy bierze ona udział w operacjach za granicą" - mówi. DZIENNIK przypomina, że szef MON skierował dowodzącego GROM płk. Piotra Patalonga do 18. batalionu w Bielsku-Białej, by zrobił tam porządki. Nie wiadomo jednak, czy Patalong wróci na stanowisko dowódcy GROM. Szef MON prowadzi rozmowy na temat objęcia tego stanowiska także z innymi oficerami.