Często słyszę, że w naszej dyskusji o 20-leciu nieproporcjonalnie więcej czasu poświęcamy pierwszym latom III RP, zwłaszcza wojnie na górze. To prawda, ale takie jest jej realne znaczenie, wojna na górze była aktem założycielskim polskiej polityki, wydarzeniem ważniejszym niż wszystkie, jakie nastąpiły potem. To była kłótnia fundamentalna, nasza rewolucja francuska. Coś, co niby jest już tylko przeszłością, a mimo to nadal rządzi.

Dzieje wojny na górze opowiada dziś Antoni Dudek. Twierdzi on, że było to wydarzenie naturalne i racjonalne. Jedność obozu solidarnościowego była sztuczna, a demokracja potrzebowała partii o czytelnych tożsamościach. Wojna na górze dopełniła zatem polską demokrację, dała jej wolność wyboru. Nie zgadzam się z tezą Dudka. Wojna na górze to nie jest pluralizacja dawnej opozycji, to konkretny sposób przeprowadzenia tej pluralizacji. Całkowicie szkodliwy. Zróbmy krótki bilans.

Opozycja nie rozpadła się na dwa, trzy bloki, ale na kilkanaście. Wojna na górze wypromowała sekciarską mentalność w solidarnościowej polityce. Wyrazistość absolutną, która nie pozwala na żaden kompromis. Inną partię musiał mieć Chrzanowski, inną Kaczyński, Tusk, Korwin-Mikke, Janowski, Ślisz, Bugaj, Bujak, Olszewski itd.

Ta wojna przetasowała wpływy w obozie solidarnościowym, wynosząc do góry umysłowości histeryczne i charaktery wojownicze, a marginalizując znaczenie polityków pragmatycznych. Mówiąc przykładami, Mazowiecki, Geremek i Hall stracili swoje pozycje na rzecz Kaczyńskiego i Michnika.

Rzeczywistość przed wojną na górze była barwna, skomplikowana. Na przykład środowisko „Gazety” czy „Tygodnika Powszechnego” świeciło różnymi odmianami myśli katolickiej, liberalnej, a także różnymi nurtami antykomunizmu, natomiast prawica dyskutowała nad ideami Kisiela, Dzielskiego czy Łagowskiego. Wojna na górze zmieniła wszystko w jednolitą masę. Dwa obozy, dwie proste ideologie.

Ofiarami padają nawet ci, którzy tę wojnę wygrali. Pepeesowiec i były mason Jan Olszewski, były cheguevarysta Macierewicz, umiarkowany konserwatysta Kaczyński, który nie lubił endecji, klerykalizmu i ludu – wszyscy zaczynają mówić jednym głosem, w dodatku nie swoim. Wojna na górze nawet swoim reżyserom narzuciła obce role. To samo zresztą było po lewej stronie – przecież Michnik w latach 80. był umysłowością otwartą i nieschematyczną. Wszystkich ich wojna na górze zredukowała do ról poniżej ich możliwości.

Ta wojna zbudowała obowiązujące do dziś ideowe podziały. To znaczy połączyła wielość idei w konkretne konstelacje. Najważniejszy okazał się stosunek do komunizmu i do Kościoła. A przecież linie podziału mogły być inne – na obrońców rynku (Balcerowicz) i obrońców ludu (Bugaj) albo na modernizatorów liberalnych (Tusk, Geremek) i konserwatywnych (Mazowiecki, Hall, Rokita, Kaczyński). Scenariuszy na papierze można kreślić wiele i będą bardziej racjonalne od tego, który się w rzeczywistości dokonał.

Można powiedzieć za Heglem: to co rzeczywiste jest też rozumne. A także konieczne. Jednak uznanie rozliczania przeszłości za najważniejsze było politycznym wyborem. W Polsce nie było sytuacji wymuszającej wojnę o przeszłość, pamięć stanu wojennego była silna, jednak opresja ze strony reżimu od dawna już mała, Honecker był znacznie bardziej brutalny niż Jaruzelski. Przez całe lata 80. opozycja nie wykazywała się szczególną ostrością, raczej cierpliwie czekała na swój czas. Gniew za stan wojenny, który wybuchł w 1990 roku, był sztuczny, przeżywano go na skalę większą niż wtedy, gdy stan wojenny wprowadzano. Podobnie szacunek do generałów pojawił się nagle, na potrzeby konfliktu, wcześniej w korowskim środowisku nikt generałów nie cenił. Oba uczucia są ideologicznymi konstruktami, które stały się ważne, ponieważ wojna na górze uczyniła z nich swoje symbole.

Dlaczego tak się stało? Bo w 1990 roku Polacy uświadomili sobie, że nie mieli okazji nacieszyć się przełomem, że III RP przyszła szybko, łatwo i niezauważenie. Ot, poszli na wybory i nagle PRL upadła. W czasie wojny na górze po raz pierwszy poczuli, że uczestniczą w polityce. Wcześniej były pałacowe gry, szachy elit, teraz większość poczuła ciężar historii, to, że osobiście może wziąć udział w szturmie na Bastylię. Samemu usiąć przy Okrągłym Stole, samemu od niego demonstracyjnie odejść.

Z oczywistych powodów pierwsze wystąpienie ludu w polskiej demokracji nagradzało łatwe schematy i proste myśli. Wojna na górze uporządkowała politykę w tym sensie, że ją zredukowała do emocji tłumu. Uczyniła zrozumiałą, a zatem niezbyt rozumną.