>>>Zobacz dramatyczne zdjęcia z Gruzji!

Kolumna z Lechem Kaczyńskim jechała do obozu uchodźców, którzy ucierpieli w rosyjsko-gruzińskiej wojnie. Prezydent udawał się tam prosto z lotniska w Tbilisi, gdzie dołączył do niego Saakaszwili. Jak powiedział telewizji TVN24 Mariusz Kamiński z prezydenckiej kancelarii, wizyta w obozie nie była częścią oficjalnego scenariusza. Plany zostały zmienione w ostatniej chwili.

Kolumna z Lechem Kaczyńskim jechała górską drogą. Było ciemno. Konwój został zatrzymany na przed miastem Alkhagori, kilkadziesiąt kilometrów od Tbilisi. Według uzgodnień pokojowych, miasto powinno być pod pełną kontrolą Gruzinów. Nikt nie spodziewał się tam Rosjan.

Mariusz Kamiński relacjonuje, że padły co najmniej trzy serie z karabinu maszynowego. Nie wiadomo jednak, czy były to strzały oddane w kierunku kolumny, czy też w powietrze. Rosjanie znajdowali się w odległości około trzydziestu metrów od auta z Lechem Kaczyńskim.

Wszyscy padli na ziemię

"Byłem przy tym, sam te strzały słyszałem, bo byłem parę samochodów za prezydentem. Słyszałem strzały, co najmniej trzy serie" - powiedział Kamiński Polskiej Agencji Prasowej. "Padliśmy na ziemię, kolumna się zatrzymała. Komandosi zasłonili limuzynę z prezydentem Kaczyńskim i wycelowali kałasznikowy w kierunku posterunku" - opowiada reporter tvn24.pl Wojciech Bojanowski.

Nie jest jednak jasne, skąd dokładnie padły strzały. Reporter tvn24.pl twierdzi, że strzelała ochrona konwoju. Kamiński mówi natomiast, że strzelali żołnierze z rosyjskiego posterunku wojskowego. "Pan prezydent zachował zimną krew" - zapewnił Kamiński, dodając, że Lech Kaczyński jest "cały i zdrowy".

Kolumna była dobrze oznakowana

Mariusz Kamiński podkreśla, że pojazdy, którymi poruszali się polscy i gruzińscy politycy oraz dziennikarze, były oznakowane. Miały między innymi polskie i gruzińskie flagi. Kolumna była ponadto ochraniana przez kilka jeepów z żołnierzami i policjantami. Nie było więc możliwości, by żołnierze z posterunku nie wiedzieli, iż mają do czynienia z oficjalną delegacją.

Lech Kaczyński poleciał do Gruzji, by świętować tam piątą rocznicę Rewolucji Róż. Po incydencie rozmawiał z dziennikarzami. "Podjechaliśmy do miejsca, w którym Rosjan, zgodnie z planem prezydenta Sarkozy'ego, być nie powinno" - powiedział.

Pytany, dlaczego konwój pojechał w stronę Osetii, odparł: "Żebym zobaczył, że Rosjanie są w miejscach, które nie są objęte planem (pokojowym)". "Uważam, że zadaniem kogoś, kto czuje się sojusznikiem Gruzji i reprezentuje państwo Unii i NATO, było zobaczyć to miejsce" - dodał.

"Nie sądziłem, żeby było zagrożenie"

"Ledwo dwóch prezydentów wyszło z samochodu, poszło kilka serii" - relacjonował Lech Kaczyński. "Najpierw przyglądałem się temu, żeby zobaczyć, co się dzieje. Potem podszedłem do prezydenta Saakaszwilego. Poszliśmy wolnym krokiem i zmieniliśmy samochody. Nie sądziłem, żeby było zagrożenie" - mówił prezydent.

Micheil Sakaszwili powiedział polskim dziennikarzom, że jeśli ktokolwiek w Europie miał złudzenia, iż Rosja zmieniła swoje postępowanie, "to niech tu przyjadą i sami zobaczą". Jak podkreślił, Lech Kaczyński "był tak odważny, że widział to na własne oczy".

Prowokacja na pokaz?

Według reportera tvn24.pl ze strony mediów padła sugestia, że strzelanina mogła być specjalnie sprowokowana, by Micheil Saakaszwili mógł udowodnić, iż w Gruzji jest rzeczywiście niebezpiecznie. Po wszystkim gruziński przywódca mówił bowiem "z uśmiechem na ustach", że Polacy mają "dzielnego prezydenta" - relacjonuje dziennikarz.

Według Wojciecha Bojanowskiego nietypowe było również to, że samochód z reporterami jechał w konwoju jako pierwszy, choć zazwyczaj dziennikarze znajdują się na końcu kolumny. O zmianie miał zdecydować gruziński protokół dyplomatyczny.

p