Szef zwierzał mi się na przykład, co robił po południu. Czułam się niezręcznie, bo co mnie to w końcu obchodzi? Później zaczął mnie komplementować: że ładnie wyglądałam w pracy, analizować moje zachowanie. Początkowo nie wiedziałam, jak reagować na te SMS-y, i po prostu nie odpowiadałam. Zaczęłam go unikać, zwłaszcza sytuacji sam na sam, co w przypadku relacji przełożony - podwładny nie jest łatwe. On jednak nie dawał za wygraną. Do SMS-ów doszły e-maile, a także propozycje spotkania poza firmą, na kawie. Odpowiadałam, że wolałabym pić z nim kawę razem z innymi pracownikami w pracy, ale to nie pomagało. Nadal słał e-maile i SMS-y, w których wyrażał zachwyt moim wyglądem i ponawiał prośby o spotkanie.

Gdy stały się natarczywe, za radą starszej znajomej napisałam do szefa oficjalnego mejla: "Nie życzę sobie otrzymywania więcej tego typu e-maili i SMS-ów. Uprzejmie informuję, że przeszkadzają mi one w wykonywaniu obowiązków służbowych”. Wtedy rozpoczęła się seria e-maili i SMS-ów, które brzmiały mniej więcej tak: "Czym sobie zasłużyłem, przecież nawet mnie dobrze nie poznałaś” itd. W pracy już nie tylko unikałam szefa, ale zachowywałam się oschle.

Tak naprawdę nie wiedziałam, co mam robić. Przestałam nosić spódnice, buty na obcasach. Czułam się strasznie. Zachowywałam jednak zimną krew i na wszelki wypadek robiłam kopie służbowej poczty. Nie chciałam zwracać się o pomoc do przełożonych szefa, bo wydawało mi się, że są z nim za bardzo zaprzyjaźnieni i nie staną po mojej stronie, tylko poprą kolegę. Mejle, SMS-y i zaczepki w pracy nie ustawały. Jeszcze raz raz wysłałam oficjalnego e-maila, w którym informowałam, że nie chcę więcej dostawać takich mejli i SMS-ów. Po około 10 miesiącach szef zmienił ton. W miejsce "czym sobie zasłużyłem” pojawił się bardziej agresywny: "Przewróciło ci się w głowie, za kogo się uważasz, że mnie nie chcesz”. Bałam się, że zostanę zwolniona z pracy. Żyłam w totalnym stresie. Terapia u psychologa nie wystarczała, musiałam wspomagać się lekami, by nie załamać się nerwowo. W końcu dostałam mejla: "Nie chciałaś mnie, więc żegnaj”. Nie wiedziałam, czy naprawdę chce mnie zwolnić, czy tylko mnie straszy, ale czułam, że dłużej tego nie wytrzymam.

Na gwałt zaczęłam szukać prawnika pracy. Wielu, gdy dowiedziało się, o jaką firmę chodzi, odsyłało mnie z kwitkiem. Mówili: przykro mi, ale nie mogę pani pomóc, ponieważ reprezentuję/reprezentowałem pani zakład w innej sprawie. W końcu dostałam namiar na prawnika, który zdecydował mi się pomóc. Pokazałam mu wydrukowane e-maile i spisane SMS-y. Ocenił moje dowody jako mocne i spytał, czy chcę pozwać firmę do sądu za molestowanie seksualne, czy rozwiązać tę sprawę wewnątrz firmy. Wybrałam to drugie rozwiązanie. Prawnik uważał, że powinno mi się udać, ponieważ – jak tłumaczył – firmie powinno zależeć, by sprawa nie skończyła się w sądzie. Poza tym jest to duży koncern, więc bez problemu znajdą mi pracę w innym dziale na podobnym stanowisku. Poradził, bym poszła do członka zarządu i przedstawiła mu swoją sytuację. Tak też zrobiłam, choć nie było to łatwe.

Jak zwykły pracownik ma się umówić na spotkanie z członkiem zarządu? Na szczęście pan, któremu podlegał mój dział, lubił przychodzić wcześnie do pracy. I któregoś ranka, gdy pracowników jego sekretariatu jeszcze nie było, udało mi się wejść do jego gabinetu. Przedstawiłam się i powiedziałam, że mam problem, który starałam się rozwiązać sama, ale nie udało mi się, dlatego zwracam się do niego z prośbą o pomoc. Krótko opowiedziałam o swojej sprawie. Pan z zarządu nawet nie chciał oglądać moich dowodów. Wyraził nadzieję, że sprawę da się szybko załatwić i nie będą potrzebne. Obiecał mi, że nie zostanę zwolniona. Jeszcze tego samego dnia wezwała mnie przełożona mojego szefa. Najpierw miała żal, że się nie zwróciłam najpierw do niej, a potem zrobiła mi wykład, że tak naprawdę nie byłam osobą molestowaną, ponieważ nie doszło do kontaktu fizycznego ze strony mojego szefa. Słuchałam tych bzdur, ledwo powstrzymując się od płaczu. Czułam się upokorzona.

Tego samego dnia mój komputer został przeniesiony w inne miejsce i właściwie przez parę dni nie miałam nic do roboty. Nikt nie wiedział, o co chodzi – nie zwierzałam się innym z moich problemów. Po paru dniach zostałam wezwana do działu kadr, gdzie przedstawiono mi aneks do umowy o pracę: stanowisko to samo, pensja ta sama, zachowana ciągłość pracy, tylko inny dział. W nowym miejscu nikt nie znal mojej historii, pracowałam w nim przez dwa lata, a nawet awansowałam.

Prawnik pracy mówił mi, że kiedy firma rozwiąże sprawę w satysfakcjonujący dla mnie sposób, dostanę do podpisania formularz, w którym zobowiążę się, że nie pozwę firmy do sądu. Nikt jednak o nic takiego mnie poprosił. Wobec mojego byłego szefa nie wyciągnięto żadnych konsekwencji, nadal pracuje na tym samym stanowisku.

Gretkowska: Urzędnicy złamali prawo

Prowokacja DZIENNIKA pokazała słabość prawa, czyli słabość prawdziwej demokracji. Przeprowadzająca swój eksperyment dziennikarka od inspektorów Państwowej Inspekcji Pracy usłyszała, że z tym, iż szef ją molestuje seksualnie, powinna się albo pogodzić, albo zmienić pracę. Taka odpowiedź pokazuje nie tylko niekompetencję inspektorów, ale stanowi ewidentne złamanie prawa. Wykorzystywanie swej uprzywilejowanej pozycji w pracy do seksualnego nękania podwładnego jest z pewnością czynem karalnym, dlatego, moim zdaniem, gdyby to nie była prowokacja, inspektorzy powinni w sądzie odpowiedzieć za brak reakcji na zgłoszenie przestępstwa.

Niestety, molestowanie kobiet - bo to one najczęściej padają ofiarą takich zachowań - jest w Polsce rozpatrywane w kategoriach obyczajowych, a nie prawnych. W niektórych krajach mułzumańskich za gwałt winę ponosi kobieta, u nas w kwestii molestowania pokutuje podobne podejście: widocznie kobieta zachowywała się nazbyt prowokująco. Dlatego takie sprawy zawsze powinien rozstrzygać sąd, bo tylko konskwentne egzekwowanie prawa mogłoby zmienić mentalność i zmienić Polskę w kraj prawdziwie demokratyczny.