Brytyjska firma konsultingowa Globalvisas odnotowała 70-procentowy wzrost zapytań emigrantów o wyjazdy do Australii, Kanady i Stanów Zjednoczonych. "Zauważyliśmy, że ten nowy trend emigracyjny rozpoczął się w drugiej połowie 2008 roku, kiedy kryzys na Wyspach przybrał na sile. Polacy zaczęli dzwonić z pytaniami o możliwość wyjazdu z Wielkiej Brytanii. Telefony wciąż się urywają" - mówi Liam Clifford, dyrektor firmy.

"Moja emigracja na Wyspy była pragmatyczna. Siedziałem tu, bo miałem dobrą pracę i perspektywy rozwoju. Ale teraz funt jest słaby, a firma na granicy bankructwa. Znajomy załatwił mi pracę w Vancouver. Podobna pensja i stanowisko, ale więcej spokoju. Jak tylko załatwię kwestie wizowe, przenoszę się za ocean" - opowiada 29-latek pracujący na Wyspach.

Większość emigrantów jako główne powody wyjazdu podaje pogarszającą się sytuację gospodarczą na Wyspach, m.in. gorszy kurs funta. Ale dochodzą też inne czynniki. Takie jak klimat czy styl życia.

"Co to za życie, kiedy większą część dnia spędza się w biurze?" - zastanawia się 24-letni Michał, który w Londynie od ponad roku pracuje jako bankier inwestycyjny. Jak mówi, gdyby stracił pracę, w ciągu dwóch miesięcy wyjechałby do Australii.

"Anglia to nie jest miejsce z moich marzeń. Paskudna pogoda i jedzenie. I to szalone tempo pracy. Z opowieści znajomych wiem, że w Australii żyje się zupełnie inaczej. Jedyna rzecz, która mnie przeraża to 24-godzinne loty do Polski. Ale do wszystkiego można się przyzwyczaić" - opowiada Polak.

Liam Clifford z firmy Globalvisas tłumaczy, że dla większości Polaków wyjazd do Kanady, Australii czy Stanów Zjednoczonych nie jest już tak odległą perspektywą jak kiedyś. "Na Wyspach Polacy nauczyli się języka i zdobyli kwalifikacje zawodowe. Dużo łatwiej jest im teraz dostać wizy i pozwolenie na pracę" - podkreśla Brytyjczyk.

Wróży też, że kraje anglojęzyczne poza Europą mogą niedługo stać się następnym logicznym kierunkiem emigracyjnym dla obywateli Europy Środkowo-Wschodniej.

Według Globalvisas w Kanadzie na emigrantów czeka około tysiąca miejsc pracy. Australia natomiast zgłosiła zapotrzebowanie na 300 tysięcy pracowników.

p

Aleksandra Kaniewska: Jak jest z tą pracą w Wielkiej Brytanii?
Artur Stopczyński: Nienajlepiej. Recesja najbardziej dotknęła właśnie Wyspy. Tyle się o tym teraz słyszy, zwłaszcza u nas w Limerick, po tym jak Dell zamknął fabrykę. Ja na razie jeszcze pracuję, ale nie wiadomo jak długo.

Co będzie, jeśli stracisz pracę? Wrócisz do Polski?
Nie. Zaczęliśmy się właśnie żoną rozglądać za wyjazdem gdzieś dalej. Dawny szef zaproponował mi pracę w firmie budowlanej w Dubaju. Jeśli oferta się potwierdzi, pakujemy się i jedziemy do Emiratów Arabskich.

Nie boisz się zaczynać pracy w nowym, egzotycznym miejscu?
Irlandia dużo mnie nauczyła. Przetarłem pewne szlaki, mówię już dobrze po angielsku. Nie boję się już pracy za granicą, nowej kultury czy zwyczajów. Poza tym, w Dubaju nie ma nic takiego, czego nie zobaczyłbym i tutaj. Wszystkie narody świata, wielu emigrantów.

Ale to daleko od kraju i rodziny.
Moja rodzina - żona i syn - przeniosą się ze mną. Są zresztą telefony, a coraz więcej ludzi w Polsce ma stały Internet. Nie bylibyśmy odcięci od świata.

Czyli powrót do Polski nie wchodzi w grę?
Na pewno nie teraz. Dopóki syn ma 2 i pół roku, chcemy się jeszcze powłóczyć po świecie. Zarobić trochę grosza, odłożyć na spłatę mieszkania. Wrócimy, kiedy mały będzie musiał iść do szkoły. Mimo wszystko zbyt cenimy sobie polską edukację. Na razie jednak szkoda byłoby nam rezygnować ze standardu życia, do którego przyzwyczailiśmy się na Wyspach.