Każdy z nas inaczej przeżywa załamanie gospodarcze. Dla jednych oznacza ono drastyczną podwyżkę rat kredytowych, inni tracą pracę. Napięcie przenosi się z firmy do domu, zaczynają się kłótnie o pieniądze. Od dziś będziemy opisywali, jak Polacy odczuwają kryzys i jak sobie z nim radzą. Czekamy na wasze opinie i pomysły, jak przetrwać ten trudny czas.

>>>Przeczytaj, jak się nie dać kryzysowi ekonomicznemu

Jesteśmy ofiarami kredytu we frankach

Ewa, pracownica firmy poligraficznej: Jeszcze niedawno czułam, że dobrze nam się z mężem powodzi. Bez wahań planowaliśmy każdego roku dwa wakacyjne wyjazdy za granicę i jeden w Polsce. Spłacaliśmy kredyt mieszkaniowy, jednak bez obaw wzięliśmy jeszcze jeden, na samochód. Obliczyliśmy dokładnie, na jakie stać nas raty i podpisaliśmy umowę z bankiem. Nie przewidzieliśmy tylko jednego: nadejścia kryzysu.

Oba kredyty są we frankach szwajcarskich. A oszczędności ulokowane w funduszach. Raty wciąż rosną, a oszczędności maleją. Już nie mamy nawet siły sprawdzać, ile straciliśmy. W każdym razie raty, które rok temu wynosiły 1300 zł za kredyt mieszkaniowy i 1500 zł za samochodowy, ostatnio wynosiły odpowiednio 1800 zł i 2000 zł. Niby nic strasznego nam się nie stało, bo dajemy sobie radę bez odejmowania od ust, jednak nastroje mamy katastroficzne.

Ostatnio zepsuła nam się zmywarka do naczyń. Rok temu kupilibyśmy po prostu nową, teraz czekamy na lepszy czas. Spodziewamy się drugiego dziecka, a mąż zamiast myśleć nad imieniem dla niego, łamie głowę, jak opłacimy opiekunkę dla niemowlaka i przedszkole dla starszej córki, bo już teraz ledwo ciągniemy od pensji do pensji. O wakacjach w ogóle nie rozmawiamy.

Zostałam zwolniona, bo byłam zbyt droga

Alicja, bezrobotna: Byłam asystentką dyrektora w firmie wydawniczej. Ponieważ znam doskonale niemiecki i angielski, robiłam wiele rzeczy, które wykraczają poza standardowe obowiązki asystentki, np. tłumaczyłam teksty dla szefa. Pół roku temu dostałam propozycję z innej firmy. Dobrze płacili, praca zapowiadała się ciekawie. Ponieważ jednak w dotychczasowej firmie czułam się dobrze, zanim podjęłam decyzję, powiedziałam o tej propozycji szefowi. Koniecznie chciał mnie zatrzymać. Poszedł do prezesa i wywalczył dla mnie o wiele wyższą pensję.

Przez ostatnie pół roku zarabiałam więc naprawdę nieźle. Aż do teraz. Nasza firma należy do niemieckiej korporacji, która z powodu kryzysu ma poważne kłopoty. Niemcy stwierdzili, że mój dyrektor nie potrzebuje własnej asystentki i może mieć wspólną z innymi dyrektorami. I zwolnił droższą. Czyli mnie. Została miła dziewczyna, która nie ma wygórowanych oczekiwań finansowych. A ja... podobno jestem pierwsza w kolejce do przyjęcia, kiedy tylko kryzys się skończy.

Kłopoty klientów to mój problem

Grzegorz, dealer samochodowy: Kryzys najpierw dosięgnął moich klientów, a zaraz potem mnie. Sprzedaję samochody ciężarowe i ciężkie pojazdy, ale w ostatnim czasie coraz trudniej jest namówić kogoś, by je kupił. A moje zarobki są uzależnione od tego, ile pojazdów sprzedam. Sprzedaję, to mam kasę, nie sprzedaję, nie mam. Pewne mam tylko 1400 złotych podstawy, reszta to marża od zrealizowanych kontraktów. A styczniowe prognozy są marne, na razie dopinam tylko jeden kontrakt.

Nadchodzą dla mnie trudne czasy. Większość przedsiębiorców wstrzymuje teraz wszelkie inwestycje i skupia się na tym, by utrzymać dotychczasowe kontrakty. Wprawdzie firmy transportowe powinny się cieszyć z wysokiego kursu euro i niskich cen paliwa, ale cóż z tego, skoro nie mają nowych zamówień. Mają natomiast potężne obciążenia związane z leasingami i myślą przede wszystkim o tym, jak zarobić na ich spłatę.

Staram się nie myśleć o kryzysie i robić swoje. Ale kiedy na moje konto wpływa goła pensja, żona się denerwuje. Bardzo się pilnuję, by w domu nie wspominać o kryzysie, nie wywoływać tematu. Żyjemy bardzo oszczędnie, chociaż zawsze na kredyt. Prawdziwe problemy zaczną się, gdy zaczniemy żyć na debecie.

W firmie zaczęły się zwolnienia

Małgorzata, pracownica firmy produkcyjnej: Jeszcze niedawno chodziłam do pracy z przyjemnością, ale kryzys wszystko zmienił. Niedaleko mojego pokoju był niedawno remont, robotnicy budowali pomieszczenia socjalne, w których będą mogły umyć się i przebrać nowe pracownice. Planowano zatrudnienie 10 nowych osób. Pomieszczenia zostały zbudowane, ale stoją puste. Dyrektor nie tylko zrezygnował z zatrudnienia nowych pracowników, ale zwolnił jeszcze 10 osób.

Zrobiło się ponuro. Ci, którzy zostali, nie mają wcale za dużo pracy, a zleceń jest coraz mniej. Wszystko wskazuje na to, że możemy spodziewać się następnych zwolnień. Na kogo wypadnie? Słyszałam, jak kierownik mówił żonie przez telefon, że jest załamany, bo zostali mu sami najlepsi pracownicy. Więc jeśli będzie musiał znowu zwalniać, nie wie, kogo wybrać.

W firmie panuje nastrój wyczekiwania. Ludzie, z którymi do niedawna chodziło się na piwo, teraz plotkują po kątach, powtarzają złe wiadomości, że produkcja znowu spada, że w innych branżach też jest źle. Boję się. Co by było, gdybym straciła pracę? Nawet nie wiem, gdzie miałabym szukać nowej. W naszej miejscowości jest wprawdzie jeszcze firma, która produkuje wyposażenie do mieszkań, ale tam też ostatnio zwolnili 20 osób.

Zgodziłem się na zmniejszenie pensji

Rafał, pracownik firmy reklamowej: Kilka tygodni temu szef zapytał, czy w obliczu kryzysu zgodzimy się na obiżenie naszych pensji. To było pytanie, ale odpowiedź mogła być tylko jedna. Było jasne, że jeśli odmówimy, to ktoś straci pracę. Redukcję wynagrodzenia przyjmuję ze zrozumieniem. Mamy gospodarkę rynkową, chcieliśmy jej, wręcz walczyliśmy o nią. Teraz ze zrozumieniem musimy przyjąć jej reguły, czyli okresy prosperity i gorsze czasy.

2009 będzie trudnym rokiem. Mniej lub bardziej, ale na pewno gorszym niż poprzedni. To trochę tak jak przesiąść się z szybszego samochodu do wolniejszego. Nie panikuję, na razie nie odczułem jeszcze zmniejszenia pensji. Ale razem z żoną zdecydowaliśmy, że odkładamy poważniejsze wydatki na bliżej nieokreśloną przyszłość i dużo uważniej niż do tej pory przyglądamy się dotychczasowym. Na szczęście kupiliśmy w dobrych czasach mieszkanie. Szkoda tylko, że jak większość, kredyt mamy we frankach.