"Nasza rada postanowiła poczekać do 4 lutego na pozytywną odpowiedź od rządu. W przeciwnym wypadku zabijemy go" - powiedział gazecie rzecznik ugrupowania Tehrik-e-Taliban Adam Khel.

Pakistańscy rebelianci wywodzący się z na wpół niezależnych północnych plemion pasztuńskich domagają się uwolnienia swoich 136 kompanów i wycofania żołnierzy z terytoriów plemiennych. Jak na razie Pakistan konsekwentnie odmawia spełnienia ich postulatów.

Pierwsze reakcje na niespodziewane oświadczenie są bardzo zróżnicowane. Część obserwatorów, w tym autor tekstu, w gazecie "Dawn" uważa, że to blef. "Nie wierzę, żeby talibowie zabili Polaka. Wydaje mi się, że chcą zwrócić na siebie uwagę, aby zniechęcić rząd do walki ze swoimi bojówkami. Zadzwonili do mnie po bardzo długim okresie milczenia" powiedział DZIENNIKOWI Abdul Sami Paracha.

Były dowódca GROM gen. Roman Polko też skłania się ku podobnej interpretacji. "Skoro porywacze podali termin egzekucji, oznacza to, że administracja Pakistanu nie podjęła z nimi negocjacji. To drastyczny krok, który ma przypomnieć o ich istnieniu" twierdzi w rozmowie z naszym reporterem. Polskie władze wielokrotnie domagały się od Pakistanu zapewnienia Polakowi bezpiecznego powrotu.

Przypomnijmy: Stańczak, pracownik krakowskiej firmy Geofizyka, został uprowadzony 28 września zeszłego roku, gdy podróżował samochodem do jednej ze stacji badawczych w terenie. Napastnicy zastrzelili trzech towarzyszących mu Pakistańczyków, w tym uzbrojonego ochroniarza – po czym uprowadzili ofiarę w niedostępne tereny pogranicza z Afganistanem.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie chciało jednoznacznie komentować oświadczenia rebeliantów. "Polskie MSZ weryfikuje wiarygodność ultimatum" - powiedział rzecznik resortu Piotr Paszkowski. Gdy zamykaliśmy to wydanie, czekano na rozmowę telefoniczną szefów dyplomacji Polski i Pakistanu. Komentarzy nie chciała również udzielać Geofizyka Kraków. "Jesteśmy w stałym kontakcie z MSZ, ustalamy plan działania" - poinformowała firma.

Ugrupowanie Tehrik-e-Taliban pomimo nazwy i zbieżnej ideologii ma niewiele wspólnego z talibami z sąsiedniego Afganistanu, którzy toczą wojnę partyzancką przeciwko rządowi tego państwa i siłom międzynarodowej koalicji. Ugrupowaniu przewodzi Bajtullah Mehsud, jeden z liderów plemiennych sił z pozostającego w znacznym stopniu poza kontrolą władz w Islamabadzie Wazyrystanu.

Tehrik-e-Taliban zarzuca się m.in. zamach w grudniu 2007 r. na byłą premier Pakistanu Benazir Bhutto. Sama organizacja konsekwentnie odrzuca te oskarżenia. Już na samym początku, tuż po uprowadzeniu Stańczaka, zastanawiano się, czy porywacze naprawdę chcą go zabić. Wielu obserwatorów mówiło, że raczej służy im jako karta przetargowa w rokowaniach z rządem. Podkreślano też, że pakistańscy talibowie dotychczas nie mordowali uprowadzonych przez siebie cudzoziemców. Inni zwracali jednak uwagę, że samo porwanie było wyjątkowo brutalne i skończyło się śmiercią trzech osób.

Dotychczas od momentu ataku przebywający w niewoli Polak dwa razy dał znak życia. 14 października porywacze nagrali kasetę wideo, na której inżynier czytał oświadczenie w języku polskim i angielskim. Apelował w nim do pakistańskiego rządu o spełnienie żądań porywaczy po to, by ocalić jego życie. Później list od Stańczaka trafił do jego siostry. "Nic mi się nie stało, jestem cały i zdrowy" - pisał.