Marta Megger, rocznik 1990:

Ja moje pokolenie widzę zupełnie inaczej, niż wynika to z badań CBOS cytowanych przez
DZIENNIK. Jasne: nie mamy kompleksu zagranicy, bo przecież świat stał się globalną wioską, my od najmłodszych lat uczyliśmy się języków obcych, również internet bywa pomocny. Zgodzę się też, że mamy przewagę nad pokoleniem naszych rodziców, jeżeli chodzi o możliwości: urodziliśmy się w wolnym kraju, teoretycznie nie ma dla nas rzeczy nieosiągalnych, a puste półki w sklepach to pojęcie abstrakcyjnie. Rzeczywiście, jeżeli chodzi o teorię, to po prostu cud i miód. Ale czy teoria naprawdę przekłada się na praktykę?

Wartości duchowe? Generacja ’89 nie czyta książek (o poezji nie wspominając), chodzi na religię, "bo rodzice każą", słucha muzyki techno i disco polo. Ważny element tego artykułu to problem bezrobocia. Generalnie pokolenie ’89 bezrobocia się nie boi. Bo czego w sumie się bać? Przecież jest tyle ogromnych korporacji, można zostać sprzedawcą detalicznym w sklepie z modną odzieżą, zarabiać całkiem nieźle i jeszcze mieć zniżki na ciuchy. A może zostać dziennikarzem? Przecież dzisiaj może nim być ”każdy byle dupek, który akurat nie ma lepszego pomysłu na życie”. Naprawdę w dzisiejszych czasach młody, w miarę rozgarnięty człowiek nie ma problemu ze znalezieniem pracy. A jak do tego ma znajomości, jest ustawiony na całe życie. Problemem mojego pokolenia jest to, że dla nas każda praca, za którą dobrze płacą, jest dobra. Nieważne, czy będzie mnie ona rozwijać, dawać satysfakcję. Liczy się tylko kasa. To bardzo smutne, że dla pokolenia Kuby Wandachowicza (autora manifestu z roku 2002 ”Generacja nic” o pokoleniu 20-latków – red.) praca w korporacjach czy dla głupkowatych magazynów była ostatecznością. Dla nas stała się pierwotnym celem, ambitnym sposobem na życie.

Bo generacja ’89 to ludzie, dla których (wbrew tezie przedstawionej w artykule) miłość, przyjaźń, rodzina oraz inne wartości duchowe nie mają najmniejszego znaczenia. Przyjaciele zostali zastąpieni znajomymi na Naszej-klasie. Miłość stała się synonimem wszechobecnego seksu. O rodzinie w tym wieku się nie myśli (badania statystyczne na temat planowanej liczby dzieci można równie dobrze przeprowadzić na przedszkolakach). A chwile solidarności? Może rzeczywiście takie były. Bardzo krótkie, tak jak śmierć papieża. Jednego dnia wszyscy rozpaczali, że odszedł ”nasz ojciec, najwybitniejszy Polak” itp., itd. Pustym hasłom nie było końca. Ale już następnego dnia połowa nastolatków chodziła w koszulkach z napisem ”Nie płakałem po papieżu”.

Co jeszcze jest ważne dla generacji ’89? Lans i szpan. Moda na rurki, emo-ciuszki, plastikowa biżuteria. Początkowo tak ubierali się ludzie, którzy identyfikowali się z kulturą, gatunkiem muzyki. Potem nagle wszyscy nastolatkowie wyglądali tak samo. Na własne życzenie wyzbyliśmy się zewnętrznego indywidualizmu, staliśmy się więźniami mody.

Wbrew założeniom artykułu Magdaleny Janczewskiej ostatnie 20 lat potwierdza tezy o upadku wzorców moralnych, bo za takowe nie można chyba uznać hasła ”seks, lans & alkohol”? Nasz bóg to pieniądz. Od najmłodszych lat bierzemy udział w wyścigu szczurów. Wygrają najsilniejsi – czytaj: ci, którzy mają znajomości, wazeliniarstwo opanowali do perfekcji i dają się indoktrynować pedagogom. Co z ludźmi wrażliwymi, którzy mają jakieś ideały, cele w życiu? I w dodatku (o zgrozo!) groszem nie śmierdzą i najważniejsza osoba, jaką znają, to właścicielka osiedlowego warzywniaka? Czy tacy ludzie są pozbawieni lęków o przyszłość? W szkole od najmłodszych lat przekonuje się ich, że wyjątkowość, wrażliwość i talent to balast, a nie atut. Mnie na każdym etapie życia paraliżuje strach. Boję się, że któregoś dnia nie będę już miała siły walczyć o swoje ideały albo że nie będę miała wyboru i zmuszona zostanę do sprzedania siebie. Boję się, że skończę tak jak bohaterowie opisani przez Wandachowicza i spadnę na samo dno, w czarną otchłań generacji ’89.

Błażej Strzelczyk, kleryk II roku Wyższego Seminarium Duchownego w Radomiu, rocznik 1988:

Podobnie jak autorka artykułu o pokoleniu ’89 Anna Gumowska, ja również nie doświadczyłem kolejek za bananami ani mięsa na kartki. Nigdy osobiście nie musiałem zmagać się z systemem, o którym wiem tak dużo od moich rodziców. System był kiedyś, a my dziś mamy kryzys. Kiedyś słuchano winyli, dziś są iPody. Kiedyś był ”Teleranek”, dziś mamy ”Dzień dobry TVN”. Świat się zmienił, a my musimy to zauważyć.

Miałem ostatnio okazję spędzić cztery godziny lekcyjne z maturzystami w szkole średniej. Ludźmi, którzy za parę chwil stawać będą przed wyborem drogi życia. Pytając jednego z tych gości, do jakiej należy subkultury, na początek musiałem mu wyjaśnić to pojęcie. Co ciekawe, jego kolega z klasy jeździ na Jarocin, pisze teksty piosenek i artykuły do czasopism kulturowych. O swojej subkulturowości mógłby mówić godzinami. Co jeszcze ciekawsze, koleżanka tych chłopców, ale mieszkająca w nieco większym mieście, bierze udział w kolejnej wymianie UE, dzięki której uczy się właśnie w niemieckim liceum. Czy wobec tak wielkiego zróżnicowania tych młodych ludzi zasadne jest w ogóle mówienie o jakimkolwiek pokoleniu? Czy pokolenie JP2 (z całym szacunkiem) w ogóle istnieje? I wreszcie czy mówienie o tym, że dzisiejsza młodzież jest pełna ambicji, nie jest wynoszeniem niektórych jednostek ponad ich możliwości? Dziś zastanawiałbym się raczej nad tym, czy bylibyśmy w stanie zjednoczyć siły, walcząc o prawdę, tak jak kiedyś zrobili to nasi rodzice, i pod jakim znakiem byłoby to zjednoczenie?

Zestawiłem na początku system z kryzysem. Wyobraźmy sobie, że kryzys to problem tożsamy z
”tamtym” system i jedynym ratunkiem jest podjęcie walki. W okresie ”słusznie minionym” młodzież zjednoczyła się pod hasłami wolności, równości i miłości. Sprawą przodującą był dla nich (naszych rodziców) patriotyzm. Co charakteryzowało tych ludzi? Przede wszystkim to, że chcieli iść pod prąd, byli idealistami podejmującymi walkę ze złem, zwłaszcza w momencie gdy wszyscy mówili, że nie jest tak źle. Nie można jednak zapomnieć o tych, którzy takiej walki nie podejmowali. Ci byli grzeczni, pięknie wyglądali, a ich tarcza szkolna codziennie błyszczała na ramieniu, a zaraz obok tarczy ”wzorowy uczeń”. Zupełnie nie obchodził ich ówczesny problem. Słuchali tylko dostępnej muzyki i mieli same piątki w dzienniczku. Czasem się sprzeciwiali systemowi, ale tylko w domu, gdy nikt ich nie słyszał, o działaniu w ogóle nie mówiąc.

Jak sprawa wygląda dziś? I co dziś jest systemem czy kryzysem? Mnie osobiście interesuje sprawa Kościoła. Kościoła, w którym brak jest młodzieży. A młodzież będąca w Kościele chyba nie potrafi o niego walczyć. I tu wyłania się sprawa pokolenia JP2. Na Boga, bycie w Kościele nie zwalnia cię, człowieku, z tego, byś myślał. Nie zwalnia, a nawet wymusza to na tobie. Obudźmy się wreszcie, bo dziś sytuacja wygląda tak, że plują na nas, a my mówimy, że pada deszcz. Ludzie, którzy nie są w Kościele, rozwalają nas na łopatki swoją inteligencją i radością.

Problemem jest również głęboka hipokryzja wśród nas. Z jednej strony śmigamy na spotkania młodych, rekolekcje – Lednica, fajny ksiądz, gitara, kazania. I wszystko pięknie, ale co z tego, skoro po chwili dziewczyna leży w łóżku z chłopakiem i jedynym wytłumaczenie jest: to nie takie proste. Co z tego, że w wakacje byłeś na pielgrzymce, jak dziś w czasie sesji ściągasz? I mitem jest, że w Kościele musi być smutno. Że Kościół to grupa zorganizowanych moherowych beretów.

My, młodzi, musimy to zmienić. Jak? Być sobą. Nie narzekać. Być krytycznym, ale nie krytykanckim. Wyzwalać się. Rozwijać. Stawiać sobie wymagania. Musimy działać.

Krystian Sacharczuk, rocznik 1986:

Chciałbym zaprotestować przeciw kolejnym próbom nadawania imion mojemu pokoleniu. ”Ludzie bez idei”, ”pokolenie iPoda”, ”Y”, ”generacja 1200 brutto”... Dajcie nam spokój! Tworzy się dla nas jakieś fałszywe pojęcia, grupuje w konsumpcyjne sektory i w oparciu o nie nazywa się nas, stwarza się nas na potrzeby przynależności i identyfikowania z jakimś wymiernym dobrem materialnym, pod hasłem ”musisz się za czymś opowiedzieć, bo inaczej nie będziesz należał do pokolenia”.

Zgoda. Młody człowiek ma dziś problem w rozeznaniu rzeczywistości. Mediokracja produkuje natłok nieprzerobionych informacji, co powoduje, że wybieramy z nich to co łatwe, przyjemne i nam użyteczne. Nie wiem, czy nasi rodzice mieli trudniej. Wtedy wybór był prosty: albo jesteś hipisem, albo nie. Dziś taki dualistyczny podział w głodnym konsumpcji społeczeństwie to za mało. Dlatego wymyśla się stale nowe określenia, produkty, którym nadaje się pierwiastek wartości i idei, czasem absurdalnej, ale grunt, żeby skutecznej, bo wtedy zawiąże się debata, w której pojęcia ”iPod”, ”mp3”, ”rok 1989” przewiną się tysiące razy i wystąpią w roli czynnika zbiorowej tożsamości.

A ktoś za jakiś czas dojdzie do wniosku, że warto wymyślić nową nazwę dla dzisiejszych dwudziestolatków, bo ”kieszonkowy komputer”, ”słuchawki na uszach” czy ”pamięć o Okrągłym Stole” przestały być już modne.”

Bartłomiej Grubich, rocznik 1985:

Urodziłem się 40 lat po wojnie. Cała moja edukacja i wychowanie odbyły się już w ”nowym wspaniałym świecie”. ”Wolny rynek”, ”kapitalizm”, ”demokracja”, ”własność” to słowa klucze, których pochodną są kariera, praca, pieniądze. Jednak nie one definiują życie mojego pokolenia. I to jest problem. Nie ma niczego, co definiuje nasze życie jako pokolenia. Dlatego najbardziej prawdopodobne jest to, iż naszego pokolenia po prostu nie ma. To tylko ludzie urodzeni w latach, powiedzmy, 1982 - 1992.

Nie ma niczego, co nas jako całość definiuje, choć od nas wymaga się samodefinicji. Z jednej strony mamy się więc oprzeć na przeszłości. Mamy odnosić się do historii z przesadnym patosem, kreślić linię wrogów i przyjaciół dokładnie tak, jak to zakreślili nasi rodzice przed 1989 r. Mamy żyć życiem przeszłym, w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie ulegać naciskom mass mediów, zepsuciu ponowoczesności. Z drugiej strony mamy żyć przyszłością. Wierzyć w to, że warto się poświęcać, zarywać noce najpierw na naukę, potem na pracę, czasem kosztem tego co faktycznie istotne. W podejściu ukierunkowanym na przyszłość i tym ukierunkowanym na przeszłość istnieje dysonans, który trudno nam ogarnąć. Trudno podołać radykalnie odmiennym sygnałom i skupić się na teraźniejszości.

Być może to nie my jesteśmy ”pokoleniem” (cudzysłów celowy, gdyż trudno dziś nadać temu pojęciu desygnat) bez wyrazu, ale to pokolenia przeszłe są pokoleniami nazbyt radykalnymi na nasze czasy? Czasy, które sami stworzyli, dając mnóstwo wartościowych rzeczy, ale równocześnie pozbawiając wyrazu. Teraźniejszość jest odmitologizowana. Nie ma niczego, co faktycznie ważne dla każdego, wielki świat jest zbyt skomplikowany, by objąć go w całości i wiedzieć co dobre, a co złe. Nie wiadomo, z którego punktu oczekiwać zagrożenia (Unia Europejska, narodowcy, Chiny, a może jednak USA?).

Dlatego trudno się zgodzić z prof. Pawłem Śpiewakiem, że nie chcemy, by ktoś czegoś od nas oczekiwał. To raczej nikt niczego od nas nie oczekuje. Nie oczekuje się buntu ani pomocy, ale szarżuje banalnymi tezami o bierności młodzieży, gdy raz na cztery lata nie pójdzie ona do wyborów, powodując niską frekwencję. Natomiast kiedy eksmituje się squat w Poznaniu, starsze pokolenie ma gdzieś to, że tam byli ludzie aktywni, działający na rzecz czegoś.

I choć trudno nas nazwać pokoleniem, to ośmielę się stwierdzić, że nie jesteśmy ani lepsi, ani gorsi od tych, co byli przed nami. Ani od tych, co będą po nas, a i będziemy próbowali zmieniać świat na naszą modłę, tak jak potrafimy, aby nie zjadła nas szarość dnia codziennego.

Grzegorz Pakowski, rocznik 1988:

Zgadzam się z diagnozą prof. Pawła Śpiewaka, że pokolenie ’89 jest mieszczańskie. Jest to jednak mieszczańskość XXI wieku, nie ma nic wspólnego z dulszczyzną czy słynnym Tuwimowskim ”strasznym mieszczaństwem”. Przywiązanie do edukacji, stabilizacji, poszanowanie tradycyjnych wartości – te cechy w sposób wyraźny można dostrzec wśród młodych Polaków wchodzących właśnie w dorosłość. Jednocześnie nie mogę się zgodzić z dwoma elementami diagnozy, które pojawiają się w wielu wypowiedziach. Mam na myśli brak gotowości do wielkich wyzwań i brak zainteresowania polityką.

Nasze pokolenie jest zainteresowane polityką w tym sensie, że niemal wszyscy mają własne zdanie w wielkich sporach politycznych, społecznych i moralnych. Nasza opinia jest jednak z reguły znacznie bardziej stonowana, mniej emocjonalna, mniej ostateczna niż w poprzednich pokoleniach. Składa się na to kilka przyczyn. Po pierwsze wychowanie w wolnej Polsce: demokracja sprzyja pluralizmowi, nie polaryzacji. Po drugie brak doświadczenia PRL: obca jest nam pamięć czarno-białego sporu komunizm – opozycja. Po trzecie wpływ Unii Europejskiej: otwarcie granic i przenikanie kultur sprzyja poszanowaniu cudzych poglądów i kompromisowości. Zdecydowana większość reprezentantów mojego pokolenia ma poglądy, ale niechętnie angażuje się w burzliwe, emocjonalne debaty. Dziwimy się określaniu przeciwników mianem ”oszołomów”, ”wykształciuchów”, ”zomowców” czy wreszcie ”fanatyków”. Brzydzą nas świńskie łby i gumowe penisy w polityce. Ale to nie oznacza, że sprawy publiczne nas nie obchodzą.

Podobnie jest z gotowością do wielkich wyzwań. Wychowanie obywatelskie odbierane w demokratycznym kraju pokazało nam, że ”wszystkoistyczne” teorie trzeba traktować z dużą podejrzliwością i takie programy są przez nas, młodych ludzi, odrzucane. Pokolenie ’89 zdaje sobie sprawę, że wielkim wyzwaniem może być także wyzwanie lokalne czy dotyczące tylko części społeczeństwa. Zaangażowanie w projekty obywatelskie dotyczące ludzi młodych (e-voting, ostatnio podwyższenie ulgi dla studentów na przejazdy koleją) wskazuje, że nasze pokolenie jest gotowe na wielkie wyzwania. Z kolei udział w życiu społeczności lokalnej (wielka popularność wolontariatu, członkostwo w stowarzyszeniach) oraz realizacja wielu projektów młodzieżowych dzięki funduszom unijnym pokazują, że pokolenie ’89 potrafi skutecznie i samodzielnie działać na rzecz zmiany rzeczywistości.

Pyra, rocznik 1988:

”Bycie patriotą, świadomym Polakiem nie jest teraz w cenie. Patriota to frajer, romantyczny idiota, a osoba trendy to dopiero ktoś... Młodzież nie jest wychowywana w duchu patriotyzmu ani w szkole, ani poza nią, obecnie liczy się tylko to, co powiedzą w popkulturalnej telewizji, bo oni ”zawsze mają rację”. A przecież jeśli stracimy pamięć o bohaterach, którzy walczyli o wolną Polskę, stracimy tożsamość. Stracimy Polskość, a może i Polskę.