Magdalena Janczewska: Nasz tekst o wchodzącym właśnie w dorosłe życie pokoleniu ’89 wywołał gigantyczne emocje. Zostaliśmy wręcz zasypani listami od 19- i 20-latków. Skąd taki zryw?
Jacek Kurzępa*: Bo młodych ludzi irytuje wrzucanie ich wszystkich do jednego wora. Mają dość tego zatroskanego, oceniającego ich tonu, jakim posługują się często w swojej narracji o nich dziennikarze, autorytety naukowe czy wszelkiej maści specjaliści od młodzieży. W życiu społecznym młodzież traktowana jest instrumentalnie, jak niegodny partner do rozmowy. Gdy zaczyna się buntować przeciwko uogólnieniom i mówić: ależ to nie tak, my wcale tacy nie jesteśmy, to dorośli zamykają im usta, mówiąc, że były na ich temat jakieś reprezentatywne badania. Jeśli sami bohaterowie badań mają inne zdanie, to tym gorzej dla nich. Tu właśnie mamy oś problemu. Młodzi ludzie w swoich listach do ”Dziennika” dali jasny sygnał: owszem, możecie o nas mówić, pisać takie lub inne diagnozy, natomiast nie macie prawa mówić za nas.

Ale DZIENNIK podjął dialog z młodymi.
I to jest właśnie kapitalne. Stanęliście z otwartą przyłbicą i zamiast kneblować młodych ludzi, zaoferowaliście im waszą gazetę jako tubę, dzięki której mogą pokazywać samych siebie. I opisywane przez was pokolenie pokazało, że jest wystarczająco rezolutne i świadome i że potrafi mówić o sobie i w swoim imieniu. Mnie zaskoczyła przede wszystkim duża erudycja i samoświadomość młodych autorów. Jednak musimy zdawać sobie sprawę, że listy, które dostaliście, są tylko jakimś wycinkiem prawdy o pokoleniu ’89. A co z mieszkańcami Polski B, czyli prowincji? Czy oni potrafiliby tak pięknie formułować opinie o samych sobie? Mapa młodego pokolenia jest o wiele bardziej zróżnicowana, niż powiedzą nam to jakiekolwiek badania.

Więc powinniśmy je wszystkie wyrzucić do kosza?
Ależ skąd! Różnica pomiędzy badaniami przekrojowymi a perspektywą jednostki będzie zawsze. Każdy człowiek ogląda świat przez swój pryzmat. Patrzy na siebie i otaczający go zespół osób i myśli sobie: niby jestem z tego samego kontekstu, tej samej narracji, ale jednak inny. Rozgląda się wokół i widzi swoje podwórko, swój dom, swoją rodzinę. Warto pamiętać, że w badaniach przekrojowych mamy wszystkich: biednych i bogatych, niskich i wysokich, mądrych i mniej mądrych, rezolutnych i nie, sprawnych kulturowo i zagubionych. Dlatego wyniki, nawet przy dobrze dobranej reprezentatywności grupy, mogą jedynie stanowić o pewnych tendencjach i dawać podstawy do uogólnień. Możemy porównać statystycznego 19-latka z jego równolatkiem sprzed lat i wysnuć na tej podstawie wnioski. Nie mamy natomiast prawa przeczyć i kwestionować tego, że w biografii bardzo konkretnej Marty czy Bartka jest coś, co pozwala im sądzić inaczej. I właśnie dlatego tak ostro i gorzko na ten optymistyczny obraz swojego pokolenia zareagowali niektórzy wasi młodzi czytelnicy. Ci, którzy z domu wynieśli jakąś wartość dodaną w postaci dobrze wykształconych i świadomych dokonujących się zmian rodziców, mieli łatwiej. To oni podpiszą się obiema rękami pod waszym tekstem o optymistach bez kompleksów, niebojących się widma kryzysu. Ci zaś, którzy wyruszyli ku przyszłości z zamglonego lądu (obszary biedy, ubóstwa, dużego bezrobocia), z niepewną załogą (brakami kulturowymi i cywilizacyjnymi rodziców) i brakiem jasności co do celu, będą bardziej sceptyczni.

Ale jakie to pokolenie właściwie jest? Jeden z czytelników zarzucił swoim rówieśnikom brak ideałów i egoizm.
Nie zgadzam się absolutnie z tak kategorycznym, negatywnym autodiagnozowaniem. Mój opór wynika zarówno z wiedzy i badań, jak i stanowiska innych dyskutantów, którzy wskazują na wielość obszarów, gdzie młodzi pokazują, że jednak im na czymś czy kimś zależy. Na każdym kroku widać też nie tylko zwiększającą się obecność młodzieży w wolontariatach, ale także w gremiach decyzyjnych samorządów lokalnych. To pokolenie wcale nie chce, aby mówić za nich, ale woli rozpoczynać dialog na gruncie lokalnym. Mierzi je wielka polityka, którą widzą w telewizji. Chce walczyć na silne argumenty, a nie na argumenty siły czy też na świńskie łby. Dlatego wybiera miejsca, gdzie mogą liczyć na szacunek wobec adwersarzy. Właśnie tam szuka wzorów do naśladowania. W swoim najbliższym otoczeniu wynajduje ludzi zacnych, fajnych, charakternych i prawych.

Ale prawdziwych autorytetów już nie ma.
Gdybyśmy mieli wskazać przyczynę braku autorytetów, to należałoby najpierw zadać pytanie: co my, starsze pokolenie, z nimi zrobiliśmy? Pozrzucaliśmy z cokołów wszystkich, których można było. Pozostały gruzowiska i kikuty przeszłości. A przecież wymiany wartości dokonuje w drodze transmisji: starsze pokolenie młodszemu. Co w sferze symboli pozostawiamy młodym? Jeśli nie mają fundamentalnych wzorców, bo niby skąd, to sięgają po plastikowe erzace, podróby: idoli popkultury czy showmanów polityki lub mediów. To właśnie my, nie zapewniając im tych fundamentów, często sprawiamy, że czują się zagubieni w szumie informacyjnym i nie potrafią odróżnić przyjaciela od wroga. I tu kolejny raz możemy uderzyć się w pierś - może i wywalczyliśmy dla nich wolną Polskę, ale to nadal za mało, aby zagwarantować im dobrą i spokojną przyszłość. Analizując te wszystkie badania i słuchając głosu młodego pokolenia, pamiętajmy, że świadczy ono przede wszystkim o nas, dorosłych.

*dr hab. Jacek Kurzępa jest socjologiem młodzieży na Uniwersytecie Zielonogórskim