W niedzielę wyjaśnianiem tego nieprawdopodobnego porwania zajmowali się wszyscy - prokuratura, policja i sam szpital. Porywaczka, 21-letnia Ewelina G., już przyznała się do winy- grozi jej kara nawet trzech lat więzienia. Prokuratura zarzuca jej jeszcze dodatkowo narażenie życia dziecka, ale tego dziewczyna się wypiera.

Szpital gorączkowo sprawdza z kolei, jakim cudem obcej kobiecie udało się w środku nocy chodzić bez przeszkód po oddziale położniczym, a potem wyjść z dzieckiem, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. "Szpital jest monitorowany, jednak drzwi do oddziału położniczego są w nocy otwarte" - przyznaje Leszek Gora, rzecznik krakowskiego szpitala im. Stefana Żeromskiego. Szpitalem interesuje się także prokuratura - być może ktoś z personelu będzie odpowiadać za zaniedbanie obowiązków.

Ewelina G. przeprowadziła jedno z najbardziej zuchwałych porwań ostatnich lat w nocy z piątku na sobotę. Kilkanaście minut po godzinie trzeciej weszła na oddział położniczy. Z pieluchą przerzuconą przez ramię podeszła do zaspanej matki i poprosiła ją o malucha. "Zabieram go na badania" - powiedziała i znikła. Zanim młoda matka zdążyła się zorientować, że dziewczyna, która zabrała jej synka, nie przypominała żadnej z pielęgniarek - minął kwadrans. Władze szpitala natychmiast podniosły alarm, ale po porywaczce nie było już śladu.

Zaginionego malucha przez ponad sześć godzin szukało 100 policjantów z psami tropiącymi. Wiedzieli tylko tyle, że kobieta, która zabrała chłopca, wcześniej kręciła się po szpitalu. Opowiadała pracownikom, że przyszła odwiedzić kuzynkę, która właśnie urodziła. Policjantom udało się ją w końcu zidentyfikować i odnaleźć w mieszkaniu jej teściowej, do której przyszła... pochwalić się urodzonym synkiem.

"W sierpniu ubiegłego roku kobieta poroniła, od tego czasu udawała, że jest w ciąży. To najprawdopodobniej rozpacz i szok po utracie własnego dziecka pchnęła kobietę do tego czynu" - wyjaśnia Anna Zbroja z małopolskiej policji.

Niespodziewana wizyta synowej z noworodkiem nie wzbudziła podejrzeń teściowej, starsza kobieta była święcie przekonana, że widzi własnego wnuka. "Dwa dni przed porwaniem kobieta wyszła z domu, tłumacząc, że jedzie do szpitala rodzić" - mówi Anna Zbroja.

Okazało się, że 21-letnia porywaczka wyniosła noworodka ze szpitala w podróżnej torbie. Miała w niej wcześniej przygotowane pieluszki, ubranka i jedzenie dla dziecka - przewidziała bowiem, że po porwaniu będzie musiała poczekać do rana, zanim pójdzie do teściowej. I rzeczywiście, przez kilka godzin błąkała się po osiedlu w Nowej Hucie, chowając się na klatce jednego z bloków.

"Najbardziej szokuje jednak fakt, że kobieta mogła bez trudu wynieść dziecko ze szpitala" - mówi nam Joanna Meder, psychiatra z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Dodaje też, że kobiecie jak najszybciej trzeba zapewnić opiekę psychologiczną "W tej chwili trudno stwierdzić, czy to tylko chwilowa depresja, czy głębsze zaburzenie" - dodaje.

Zdaniem psychiatry sądowego Jerzego Pobochy desperacki krok mógł też wynikać z potrzeby wykazania się. "Taką presję może wywierać rodzina, krewni. Szczególnie jeśli są jakieś dodatkowe bodźce, np. rodzina była wcześniej bezdzietna czy rodzice młodego małżeństwa bardzo pragną zostać dziadkami. Dodatkowo problem pogłębia strach. Pamiętajmy, że ta kobieta miała zaledwie 21 lat, co może świadczyć o niedojrzałości psychicznej i braku zrozumienia konsekwencji swoich czynów" - dodaje Pobocha.

Kobieta w sobotę wieczorem trafiła do szpitala psychiatrycznego na obserwację, tam okazało się, że jest pod wpływem narkotyków, prawdopodobnie okazjonalnie paliła marihuanę. Ewelina G. nie została aresztowana - prokurator zastosował wobec niej tylko dozór policyjny.