Przypomnijmy: Rokitę wyrzucono z samolotu z Monachium do Krakowa dlatego, że próbował umieścić swój płaszcz w klasie biznes. Sytuacja prof. Krakowskiego była jeszcze bardziej komiczna: dwa lata temu wyprowadzono go z samolotu, bo chciał przeczytać gazetę.

JAKUB KUMOCH: Miał pan kiedyś przygodę z Lufthansą podobną do tej Jana Rokity. Która historia jest ciekawsza?
PROF. JĘDRZEJ KRAKOWSKI: Moja jest bardziej absurdalna. W 2007 roku policja wyprowadziła mnie we Frankfurcie z samolotu Lufthansy, bo chciałem... przeczytać gazetę.

Gazetę?!
No tak gazetę. Wracałem z Lizbony do Katowic i we Frankfurcie miałem przesiadkę. Siedziałem w pierwszym rzędzie klasy ekonomicznej i zobaczyłem, że steward proponuje trzem czy czterem pasażerom klasy biznes polskie gazety. Nikt ich jednak nie brał, bo w klasie biznes siedzieli sami Niemcy.

Poszedł pan do klasy biznes i wziął sobie gazetę?
Skądże. Poprosiłem stewarda i zapytałem, czy mógłby mi podać gazetę, ale usłyszałem, że są "nur für Business". No więc mówię, że przecież nikt ich nie czyta, jest niedziela wieczór, a jutro te gazety będą makulaturą. Usłyszałem mniej więcej tyle, że "verboten ist verboten" - zabronione to zabronione. I ta "makulatura" jakoś strasznie człowieka zdenerwowała.

I tu sprawa powinna się zakończyć?
Nie. Bo przyszedł kapitan i pyta, o co chodzi. Więc mu opowiadam o gazecie i o tym, że jego podwładny mógłby być bardziej miły dla podróżnych. Stanął jednak po stronie stewarda, więc powtórzyłem to o makulaturze i spytałem, dlaczego w klasie ekonomicznej nie ma polskich gazet. I tu odezwali się rodacy. Jak powiedziałem to o polskich gazetach, przednia część klasy ekonomicznej zaczęła mi bić brawo.

Panie profesorze, wywołuje pan wojny polsko-niemieckie.
Istotnie, Niemiec poczuł się dotknięty. Poczerwieniał, mruknął coś i poszedł do siebie. Samolot wciąż stał na pasie i wciąż był otwarty rękaw. Po kilkunastu minutach pojawiło się dwóch policjantów. Poprosili mnie o opuszczenie pokładu. Po chwili wyglądali na nieco zagubionych: spodziewali się pewnie pijanego pasażera, a nie grzecznego, eleganckiego, starszego pana.

Spędził pan noc na komisariacie?
Skąd. Zażądałem spotkania z przedstawicielem Lufthansy. Przyszedł, więc policjanci zasalutowali i sobie poszli. Trzeba przyznać, że menedżer był kulturalnym człowiekiem. Przyjął moje wyjaśnienia, polecił wystawić mi bilet na poranny lot, dał mi voucher na 5-gwiazdkowy hotel i wyraził ubolewanie. To był jedyny miły moment w całej tej żenującej historii.

Czyli Lufthansa poza kapitanem była w porządku?
Raczej jeden człowiek był w porządku. Potem, gdy odbierałem w kasie bilet i voucher, próbowano mnie jeszcze raz ustawiać do pionu. Powiedziano mi na lotnisku, że tym razem mi się upiekło i że następnym razem dostanę zakaz latania Lufthansą. Nie przywykłem do takiego traktowania przez linie lotnicze.

I tak pańska historia skończyła się lepiej niż Rokity.
Tylko dlatego, że trafiłem na przyzwoitych policjantów. Obaj padliśmy ofiarą niemieckiej mentalności. To takie połączenie skrupulatności, znanego wszystkim "Ordnung muss sein" i co tu mówić - sporej dawki niechęci wobec Polaków.

Sprawa Rokity musiała pana nieźle zdenerwować.
Tak, nawet bardzo. Podobnie jak komentarze, że Rokita jest sam sobie winien. To taki przejaw polskich kompleksów wobec Niemców - przekonania, że jak Niemcy coś robią, to tak musi być. Tymczasem już moja historia pokazuje, że oni wciąż mają swoje chore fobie.

Prof. Jędrzej Krakowski, europeista, były ambasador RP w Korei Południowej (1990-1994), przez dziewięć lat dyrektor Ośrodka Studiów Europejskich Uniwersytetu Śląskiego, działacz pierwszej "Solidarności", internowany w czasie stanu wojennego.