MATEUSZ WEBER: Był pan pierwszy na miejscu katastrofy - w czasie, gdy wszyscy inni dopiero szukali rozbitego śmigłowca. Jak to się stało?
PAWEŁ MAZURKIEWICZ*: Ludzie ze wsi usłyszeli głośny huk i chwilę później rozeszła się informacja, że gdzieś niedaleko nas rozbił się śmigłowiec. Wszyscy zaczęli biegać po okolicy w poszukiwaniu wraku. Szybko wyszedłem z kolegą z domu i przyłączyliśmy się do poszukiwań. Ludzie przeczesywali okoliczne pola, a my poszliśmy z nimi. W pewnym momencie poczuliśmy mocny zapach ropy i idąc za nim, zeszliśmy z drogi do sadu. Chwilę później zauważyłem niebieską płachtę czy folię zwisającą z drzewa. Nieopodal między drzewami leżał wrak.

>>>Zobacz wstrząsające zdjęcia z miejsca katastrofy

Jak wyglądało samo miejsce katastrofy?
To, co zobaczyliśmy, było straszne. Wokół nas leżały połamane drzewa i zarośla. Wszędzie było też pełno szczątków samego śmigłowca. To, co zobaczyliśmy na ziemi, właściwie nie wyglądało jak śmigłowiec, tylko powykręcane i połamana plątanina blachy. Z boku obok wraku, na ziemi, leżał ranny mężczyzna z telefonem komórkowym w ręku.

Rozmawiał przez telefon?
Tak. Widać było, że z kimś rozmawia. Gdy nas zobaczył, powiedział, że we wraku jest jeszcze jego dwóch kolegów i że dzwoni po pomoc pod numer 112, ale nie wie, gdzie jest. Prosił, żebyśmy pomogli również im, ale nawet nie zajrzeliśmy do środka. Rozumie pan... widać było, że nie ma już kogo ratować.

>>>Przeczytaj także: Zginęli, lecąc na ratunek

To wy zawiadomiliście pogotowie o miejscu katastrofy?
Tak. Ten pan poprosił, żeby go czymś przykryć, bo bardzo zmarzł. Od razu było widać, że jest bardzo ciężko ranny. W szczególnie złym stanie były jego nogi. Widać było, że są mocno połamane. Nakryłem go kurtką, a kolega swoją bluzą, nieopodal znaleźliśmy jeszcze koc. Mój kolega Artur wziął od niego telefon i tłumaczył, gdzie dokładnie się znajdujemy. Powiedział, że wypadek wydarzył się we wsi Jarostów. Ja pobiegłem po pomoc.

Długo to trwało?
Jakiś czas. Nad nami latały dwa helikoptery pogotowia ratunkowego i jeden niebieski, chyba policyjny. Dawaliśmy im sygnały, ale piloci nas nie widzieli, sądzę, że z powodu mgły i śniegu. Pogoda była fatalna. Wiał bardzo silny wiatr i było zimno. Piloci mogli nas też nie widzieć, bo staliśmy pod drzewami. Pobiegłem więc w kierunku drogi. Tam zauważyłem karetkę i opowiedziałem o wszystkim jej załodze. Powiedziałem, żeby szli polem, bo dojazd na miejsce jest bardzo trudny.

*Paweł Mazurkiewicz, 20-letni mieszkaniec Jarostowa