Rzecznik praw obywatelskich Kartę praw rodzącej opracował po serii artykułów w DZIENNIKU. Pisaliśmy w nich między innymi o braku dostępu do bezpłatnego znieczulenia podczas porodu, o uprzedmiotowieniu rodzących kobiet, o złej opiece po porodzie. Karta opracowana przez rzecznika zawiera zapisy, które pomogłyby z tymi patologiami walczyć.

Minister Ewa Kopacz nie zamierza jednak przyjąć dokumentu. Tłumaczy, że karta nie jest potrzebna, bo po pierwsze powiela istniejące regulacje, a po drugie ministerstwo pracuje nad ”podobnymi zmianami”. Problem w tym, że w polskich szpitalach efektów tych prac wciąż nie widać. Z opowieści kobiet, które urodziły niedawno dzieci, wynika, że ich prawa są nagminnie naruszane.

Aleksandra, matka półtorarocznego syna:
Starannie wybrałam szpital, w którym miałam rodzić. Pracował w nim lekarz prowadzący moją ciążę. Kiedy zaczęły się pierwsze skurcze, narzeczony natychmiast mnie tam zawiózł. ”Z takim uśmiechem to chyba nie do rodzenia. Jak się naprawdę zacznie, to natychmiast pani ta radość z twarzy zniknie” -usłyszałam na powitanie. Kolejne godziny były koszmarem. Gdyby nie mój chłopak, zostałabym zupełnie sama. Były chwile, że z bólu traciłam przytomność. Po interwencji narzeczonego poradzono mi, żebym weszła do wanny. Napuszczono wody i tak mnie tam zostawiono. To narzeczony pomógł mi wyjść i położyć się do łóżka.

Rodziłam na sali razem z trzema innymi kobietami. Byłyśmy poprzedzielane czymś w rodzaju filarów, szerokości najwyżej metra. Trzy kobiety obsługiwało dwóch położników, którzy biegali po całej sali. ”Nie drzyj się, tylko rodź!” - krzyczał na mnie jeden z nich. Po porodzie zawieziono mnie do jakiejś sali. Pielęgniarka dała mi dziecko, abym przyłożyła je do piersi. Nie wiedziałam, jak to zrobić. Siostra zabrała więc mojego synka, zabrała też wyprawkę, którą dla niego przygotowałam. Powiedziała, że idzie go przebrać.

Zostałam sama. Była godzina 19. Leżałam, płakałam i odchodziłam od zmysłów. Po 22 postanowiłam sama poszukać dziecka. Mimo że krwawiłam, wstałam i dosłownie dowlokłam się do pielęgniarek. Poprosiłam, żeby dały mi synka. Wyraźnie zdziwiona siostra zaprowadziła mnie do sali, gdzie leżały dzieci. Zapaliła ostre światło, większość maluszków zaczęła płakać. Wzięłam wózek z synkiem i poszłam do mojej sali. Tej nocy nikt do mnie zajrzał. Nikogo nie interesowało, że to moje pierwsze dziecko i że nie wiem, jak powinnam się nim zajmować. Takich upokorzeń, poczucia bezsilności i strachu nie doświadczyłam nigdy wcześniej. Poród, który ma być wspaniałym wydarzeniem, dla mnie był największą traumą w życiu.

Klaudia, matka półrocznej dziewczynki:
Rodziłam w jednym z podwarszawskich szpitali. Już moja ciąża nie była prowadzona prawidłowo, ponieważ nie wykonano mi podstawowego badania, które wykazałoby, że grozi mi wcześniejszy poród. Ku zaskoczeniu lekarzy zaczęłam rodzić przy rutynowym badaniu KTG, będąc w ósmym miesiącu ciąży. Od razu widziałam, że coś jest nie tak. Widziałam panikę w oczach lekarzy, wielki popłoch. Dziecko dostało tylko 4 punkty na 10 w skali Agpar. Okazało się, że ma problemy z oddychaniem, a w szpitalu nie ma odpowiedniego sprzętu. Trzeba było czekać na karetkę, która zawiezie je do Warszawy, czyli 30 km dalej.

Mnie w tym czasie położono w jakimś przedsionku. Byłam sama, wiedziałam, że coś się dzieje złego z moim dzieckiem, a do mnie nikt nie przychodził. Mąż biegał, ponaglał lekarzy, interweniował. Nawet nie jestem w stanie opisać tego, co wtedy czułam. Leżałam i ryczałam. Nikomu nie życzę takiego koszmaru.

Anna, matka 10-miesięcznego syna:
Przed porodem chciałam mieć pewność, że będę miała opiekę na wysokim poziomie i nie będę musiała się bać, że ktoś mnie źle potraktuje albo że zdrowie dziecka będzie narażone na szwank. W znanym warszawskim szpitalu powiedziano mi, że jeżeli chcę mieć taką pewność, warto, żebym zapłaciła za usługę położnej i za osobną salę komercyjną. Według oficjalnego cennika położna miała mnie kosztować 1 tys. zł, a pokój 250 zł za dobę. A znieczulenie zewnątrzoponowe dodatkowych 600 zł.

Kiedy zaczęły się skurcze, pojechałam do szpitala. A tam poinformowano mnie, że... nie ma miejsc. Stałam osłupiała z coraz mocniejszymi skurczami i błagałam, żeby mnie przyjęli. W końcu tu miałam, za wiedzą szpitala, zamówioną położoną, ciążę prowadził lekarz tej placówki. Ostatecznie okazało się, że nie mam gdzie jechać, bo w całej Warszawie nie ma miejsc na porodówkach.

Położono mnie więc na sali pooperacyjnej z inną kobietą, oddzieloną parawanem. W tym czasie próbowałam się dodzwonić do mojej ”wykupionej” położnej. Nie odbierała. Przyjechała w końcu nad ranem i niepotrzebnie podała mi oksytocynę, żeby przyspieszyć poród. Z wykresów KTG widziałam, że coś jest nie tak z tętnem dziecka. Położna twierdziła, że histeryzuję. Dopiero kiedy przyszła lekarka, okazało się, że moje dziecko źle się wstawia do kanału rodnego, dusi się i zagraża mu zamartwica. I że trzeba w trybie natychmiastowym zrobić cesarskie cięcie.

Po operacji przewieziono mnie do wykupionej sali. W nocy tuż po operacji leżałam ledwo żywa, a dziecko płakało i chciało jeść. Dzwoniłam, płakałam i krzyczałam, żeby ktoś do mnie przyszedł. Raz zajrzała położna i powiedziała, że... za opiekę po cesarskim cięciu trzeba dodatkowo zapłacić.

Miałam problemy z karmieniem, nie wiedziałam, jak to robić. Wszędzie na ścianach wisiały plakaty o tym, jak istotne jest karmienie piersią. Do mnie, mimo licznych próśb, nikt nie przyszedł, dziecko leżało głodne, bo okazało się, że z butelkami i smoczkami też są problemy. Najlepiej, jakby przynieść wszystko samemu z domu. Potem przyszła tylko położna, którą wcześniej zamówiłam, i zażądała umówionych pieniędzy. W sumie - za bezpłatny poród, jaki teoretycznie mi przysługuje, zapłaciłam około 2,5 tys. złotych.