KATARZYNA ŚWIERCZYŃSKA: Czy szokuje pana fakt, że matka prosi o eutanazję dla swojego syna?
JAN HARTMAN*:
Było tylko kwestią czasu pojawienie się w Polsce kogoś, kto publicznie będzie starać się o zgodę na uśmiercenie innej osoby. To kolejny dowód, że stajemy się jednością z krajami Zachodu. Nie spodziewam się jednak, żeby przypadek Barbary Jackiewicz zainicjował poważne działania prowadzące do modyfikacji polskiego prawa medycznego. Pani Jackiewicz nie może liczyć na to, że jakikolwiek sąd wyda wyrok podobny do tego, jaki zapadł we Włoszech w sprawie Eluany Englaro. Rozumiem, że gest pani Barbary jest po prostu gestem obywatelskim. Głosem w imieniu wszystkich innych osób, które znajdują się w podobnej sytuacji.

Nie, ona nie mówi w niczyim imieniu. Chce tylko, żeby państwo zajęło się jej własnym problemem.
Nie można scedować ani na państwo, ani na sądy czy kogokolwiek innego odpowiedzialności za taką decyzję. Nie można w sposób bezgrzeszny i niewinny, a nawet choćby legalny pozbawić kogokolwiek życia. Zgodnie z przyjętą definicją śmierci, która przecież obowiązuje nie tylko w Polsce, ten mężczyzna jest żywy, a w dodatku nie znajduje się w stanie terminalnym. Karmienie i pielęgnacja nie są też uporczywą terapią. Zaprzestanie tych czyności byłoby po prostu eutanazją.

Więc co ma zrobić ta kobieta?
Barbara Jackiewicz jako pierwsza odważyła się głośno i publicznie nazwać problem. Ale nie jest pierwszą i jedyną, którą dotknęła tragedia choroby najbliższej osoby i która myśli o eutanazji. Eutanazja istnieje także w Polsce. Odbywa się to bez rozgłosu, w czterech ścianach domów takich jak dom pani Barbary. Przecież jej syn żyje tyle lat tylko dlatego, że ta pani, która dla mnie jest wręcz bohaterką, tak troskliwie i starannie się nim opiekuje. A wystarczyłoby nawet niewielkie zaniedbanie, by jej syn zmarł, i ona o tym doskonale wie. Wielu ludzi - mniej lub bardziej świadomie - to właśnie robi. I nikt się tym potem nie interesuje, żaden prokurator, żaden sąd. A nawet gdy takie sprawy trafiają przed sądy, wyroki są symboliczne lub wcale nie wymierza się kary. W grę wchodzi wyrok za eutanazję albo za nieudzielenie pomocy. Tak czy inaczej, sądy w Polsce i na świecie zachowują się w takich przypadkach bardzo powściągliwie.

Czy sugeruje pan, że Barbara Jackiewicz powinna sama uśmiercić syna?
Niczego nie sugeruję. Mówię tylko, jake są realia.

To potworna hipokryzja.
Każdy przypadek uśmiercenia drugiej osoby, nawet motywowanego najszlachetniejszymi pobudkami, nigdy nie będzie moralnie niewinny, niekontrowersyjny. W takich sytuacjach prawo dochodzi do swoich granic. Tu okoliczność, czy działamy legalnie, czy to, co robimy, jest zgodne z prawem, ma naprawdę drugorzędne znaczenie. Proszę zwrócić uwagę, że eutanazja jest zakazana na całym świecie. Nawet w Holandii. Nigdzie jednak nie jest skrupulatnie ścigana ani surowo sądzona. System holenderski służy nakłanianiu lekarzy do zgłaszania eutanazji na policji. Niestety, tylko połowa przypadków jest zgłaszana. W innych krajach jest to zupełnie poza wszelką kontrolą.

A przypadek Eluany? Przecież we Włoszech również nie ma pozwolenia na eutanazję?
Tam też sąd po prostu w pewnym momencie umył ręce, dając ojcu wolną rękę do zadecydowania o dalszym losie córki. To była decyzja w duchu powściągliwości, na zasadzie, że my jako państwo, jako sąd nie możemy brać udziału w tym konflikcie sumienia.

Czy polski sąd nie mógłby zrobić tego samego w przypadku Krzysztofa Jackiewicza?
Nie. Uważam, że składanie przez jego matkę jakiegokolwiek wniosku o pozwolenie na zaprzestanie sztucznego karmienia syna jest w Polsce, w polskiej kulturze prawnej, skazane na porażkę. To jej pragnienie legalizmu opiera się na pewnym złudzeniu, że dzięki legalizacji takiego czynu, stanie się on w pewnym sensie niewinny. To niemożliwe, państwo nie da jej takiego błogosławieństwa. Matka musi to zrobić sama, na własną odpowiedzialność. Sąd po prostu powiedziałby jej, że jeśli nie ma siły zajmować się synem, to niech umieści go w specjalnym ośrodku. Albo wręcz nakazałby przymusowe zabranie syna do takiego ośrodka w obawie, że matka rzeczywiście sama go uśmierci. Jestem jednak przekonany, że w takim ośrodku, bez tej perfekcyjnej opieki, jaką ona nad nim sprawuje, ten mężczyzna po prostu by umarł w ciągu niedługiego czasu.

Powiedział pan, że apel Barbary Jackiewicz o eutanazję jest dowodem, że stanowimy jedność z krajami Zachodu. Jak to rozumieć?
Mamy takie same problemy. Tyle tylko, że kraje zachodnie pod względem kultury życia publicznego mają nad nami nadal dużą przewagę. U nas kontrowersje moralne traktowane są w sferze publicznej w sposób infantylny, bo poważną dyskusję zastępuje odwołanie do autorytetu.

Chce pan powiedzieć, że argumenty obrońców życia, bo o takich w tej sprawie mówimy, są infantylne?
W żadnym wypadku. Chodzi o to, że w polskiej dyskusji na takie tematy jak eutanazja w ogóle pada mało argumentów. W sferze publicznej spór zastępuje się autorytarnym stwierdzeniem, które niby to kończy dyskusję.

*prof. Jan Hartman, filozof i etyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego