Wraz z upływem lat od zakończenia wojny i obejmowaniem przez stalinowską doktrynę wszystkich dziedzin życia chęć powrotów wojennych emigrantów do kraju wyraźnie słabła. Jeśli w 1946 roku powróciło z Zachodu 370 tysięcy Polaków, to w latach 1948-1950 już tylko 10 tysięcy. Do konsulatu Francji wpłynęło kilka tysięcy wniosków o powrót nad Sekwanę od osób, które pierwotnie zdecydowały się na osiedlenie w Polsce. Coraz częściej też myślano o ucieczce z kraju, czyli o nielegalnym przekroczeniu coraz silniej strzeżonych granic.

Przez góry z przewodnikiem

Szacuje się, że do 1955 roku na próbie ucieczki przez zieloną granicę złapano około 60 tysięcy osób, z tego połowę schwytano na granicy zachodniej. W pierwszych latach po wojnie zrozumiałą "popularnością" cieszyła się górska granica z Czechosłowacją. Trudny do kontrolowania teren dawał spore szanse powodzenia, zwłaszcza gdy można było skorzystać z pomocy przewodnika. Jednym z takich przewodników był Ludwik Niemczyk, brat znanego aktora Leona. Uciekinierami byli ludzie poważnie zaangażowani w AK i poszukiwani przez władze bezpieczeństwa - mówił w jednym z wywiadów o przeprowadzanych przez siebie osobach. Sam Niemczyk został schwytany i aresztowany podczas jednej z przepraw. Wyszedł na wolność dopiero po amnestii w 1951 roku, po czym… uciekł na Zachód.

Władze Czechosłowacji zdawały sobie sprawę z problemu. Od końca lat 40. zaczęły uszczelniać granice - zarówno tę z Polską, jak i z państwem niemieckim. Trzykrotnie zwiększono obsadę straży granicznej, a samą granicę zabezpieczono drutem kolczastym pod wysokim napięciem. Całkowicie nie zlikwidowało to ucieczek, jednak zmusiło uciekinierów do wykazania większej pomysłowości, a często nawet prawdziwej brawury. Również do wyboru innej granicy do przekroczenia.

Kutrem do Szwecji

W 1949 roku uciekł z Polski Witold Kasprzyk. Przedwojenny trzykrotny mistrz Polski w szybownictwie został repatriowany z Rumunii w 1947 roku i podjął pracę jako pilot-kurier w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Jego pozycja - początkowo mocna z uwagi na prace przy odbudowie polskiego lotnictwa - z czasem zaczęła słabnąć. Kiedy w czasie wojny znalazł się w Rumunii, jako Jan Sikora działał w podziemiu i przekazywał aliantom informacje o ruchach wojsk niemieckich. Współpracował wówczas z wywiadem brytyjskim i amerykańskim. Gdy sprawy te zaczęły wychodzić na jaw, Kasprzyk zdecydował się na ucieczkę. Nie będąc jeszcze formalnie o nic oskarżony, wziął miesiąc urlopu i wraz z żoną i przyjacielem wyjechał do Trójmiasta. Zdecydował się porwać kuter rybacki i popłynąć nim do Szwecji. W nocy 11 października cała trójka udała się na plażę w okolicy portu gdyńskiego. Zakopali się w piasku i po czterech godzinach oczekiwania wyruszyli.

Statki musiały przejść przez portowy punkt kontrolny. Gdy usłyszeliśmy rozruch silników kutrów, ruszyliśmy. Zamierzaliśmy porwać kuter stojący bez załogi na końcu kei. Aby do niego dojść, musieliśmy wejść na mur ciągnąc jeden drugiego i pchając moją żonę [chorą na nogi], a następnie przebiec ok. 6-7-metrowy odcinek jasno oświetlonego mola. W tym momencie nie było już miejsca na bluff, więc się tylko modliłem. Po kilku minutach uciekinierom udało się niepostrzeżenie dotrzeć do kutra, uruchomić silnik i po pewnym czasie skierowali się na wschód, w stronę terytorium ZSRR. To było ryzyko, ale wiedziałem od strażników, że jakiekolwiek samoloty czy okręty, które by nas ścigały, spodziewałyby się, że będziemy się kierować prosto na północ przez Bałtyk do Szwecji - wspominał Kasprzyk. Pomysł okazał się skuteczny - po 36 godzinach żeglugi, wymijania patroli i ucieczce przed radziecką strażą graniczną dotarli w końcu do Szwecji, gdzie otrzymali upragniony azyl.

Umknąć przed kulą w łeb

Ryzyko, jakie podjął Witold Kasprzyk, było stosunkowo niewielkie. Co prawda w 1949 roku za nielegalne przekroczenie granicy groziło już do pięciu lat pozbawienia wolności (prawo zaostrzono w 1948 r. - wcześniej za to samo przewinienie karano pięciomiesięcznym więzieniem lub grzywną), to jednak nic w porównaniu z karą śmierci. A ta z pewnością groziła podporucznikowi Arkadiuszowi Korobczyńskiemu, który kilka miesięcy przed Kasprzykiem uciekł wojskowym iłem-22 na Gotlandię. Korobczyński był Polakiem, jednak przed wojną mieszkał w ZSRR. Bał się, że zostanie odesłany do Armii Radzieckiej - o takich planach dowiedział się przypadkiem od sowieckiego oficera. Jego ucieczka się powiodła.

Na początku lat 50. fala porwań wojskowych samolotów przez oficerów LWP zaczęła narastać - w 1953 roku porwano dwie maszyny w odstępie zaledwie kilku miesięcy. Ci, którym się udało, mieli zapewniony azyl i godne warunki życia na Zachodzie. Ci, którzy zostali schwytani, byli rozstrzeliwani jako zdrajcy i dezerterzy. Surowość kary i coraz silniejsze zabezpieczenia nie powstrzymały lotników przed ucieczkami.

LOT - "Linie Okęcie-Tempelhof"

W 1949 roku trzej piloci Polskich Linii Lotniczych LOT wraz z rodzinami uprowadzili samolot pasażerski obsługujący trasę z Katowic do Gdańska. Bezpiecznie wylądowali na duńskiej wyspie Bornholm i otrzymali azyl. Ich wyczyn uruchomił lawinę porwań samolotów. Jej szczyt przypadł na lata 70. Ponieważ większość ucieczek kończyła się na zachodnioberlińskim lotnisku Tempelhof, za żelazną kurtyną zaczął krążyć dowcip rozszyfrowujący nazwę LOT jako "Landing on Tempelhof". Wyczyn pilotów zwrócił uwagę na Bornholm. To, że wyspa leży w odległości zaledwie 34 mil morskich (ok. 63 km) od polskiego wybrzeża, sprawiło, że podejmowano próby dostania się na nią małymi motorówkami, a nawet kajakami.

p