Telewizyjne "zabawy z bronią" z byłym posłem w roli głównej odbyły się pod koniec stycznia. TVP do programu poświęconego projektom nowej ustawy o broni zaprosiła Dziewulskiego jako eksperta, byłego antyterrorystę, oraz prywatnie - legalnego posiadacza broni palnej. W pewnym momencie dziennikarz prowadzący program podniósł kopertę leżącą na stole i wyjął z niej pistolet, chwilę nim manipulował a potem podał Dziewulskiemu.

"Za takie zachowanie wylatuje się ze strzelnicy, pistolet co prawda nie miał magazynka, ale w komorze nabojowej mógł być nabój - bo zamek był w przednim położeniu, tak jak w broni gotowej do strzału. A pistoletem wymachiwano w studiu pełnym ludzi" - mówi redaktor naczelny pisma o broni "Strzał" Jarosław Lewandowski, który złożył zawiadomienie do prokuratury.

Dlaczego użycie pistoletu w charakterze rekwizytu w telewizyjnym studiu może się źle skończyć dla byłego antyterrorysty? Bo zgodnie z przepisami ustawy o broni jej właściciel nie może dawać jej do ręki komu popadnie, tylko innym posiadaczom pozwolenia na broń. A jeśli złamie prawo, policja może odebrać mu pozwolenie na broń.

"Niech się odczepią" - powiedział DZIENNIKOWI Dziewulski. "Gdybym w knajpie wyjął pistolet i dawał ludziom do oglądania, to co innego. Tu broń była w kopercie i leżała na stole, dziennikarz ją mi przekazał" - powiedział, ale w rozmowie nie zaprzeczył wprost, że broń użyta w programie należała do niego.

Teraz sprawę będzie wyjaśniać prokuratura - zbada, czy broń była prawdziwa, do kogo należała i jeśli tak, to czy zostało naruszone prawo. "Potwierdzam, że we wtorek wpłynęło takie zawiadomienie. W ciągu 30 dni podejmiemy decyzję, czy rozpoczniemy w tej sprawie śledztwo" - powiedziała DZIENNIKOWI Katarzyna Dobrzańska, szefowa prokuratury rejonowej Warszawa Mokotów.