Pilot weteran: Narodowcy mnie rozbawili
Brytyjscy narodowcy, którzy użyli samolotu z Dywizjonu 303 do zilustrowania akcji przepędzania imigrantów rozśmieszyła pułkownika Andrzeja Jeziorskiego, weterana walk w Królewskim Lotnictwie. Narodowcy nazwali kampanię "bitwą o Anglię", ale zaliczyli kompromitującą wpadkę - do plakatu wybrali zdjęcie... myśliwca spitfire używanego w polskiej jednostce.
- Amerykanie szukają swych weteranów w Polsce
- Dywizjon 303 zaatakował... Polaków
- Kolejna wpadka Anglików z Dywizjonem 303
- Dywizjon 303 hitem na Wyspach
- "Zawsze lubiłem brytyjski czarny humor"
- "Murzyni i Chińczycy ukradną Polakom pracę"
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Aleksandra Kaniewska: Czy pomysł wypędzania Polaków z Anglii ilustrowany zdjęciem polskiego spitfire'a zdenerwował pana albo pańskich kolegów weteranów?
Andrzej Jeziorski*: Pewnie pośmiejemy się z narodowców, jak to chcieli coś udowodnić Polakom, ale jak zwykle im nie wyszło.
A ilu jeszcze jest polskich lotników, którzy walczyli w RAF?
Z 18 tysięcy lotników, którzy walczyli dla Królewskiego Lotnictwa, zostało nas około tysiąca. Z tych pamiętających akcje Dywizjonu 303 żyje już tylko dwóch – ciężko chory
pułkownik Martel i mieszkający w Kanadzie generał Sawicz.
Walczył pan w 304. Dywizjonie Bombowym. Kiedy pan wstąpił do lotnictwa?
Dopiero w 1942 roku, miałem wtedy 21 lat. Wcześniej przez dwa lata byłem w armii – w broni pancernej.
I od razu mógł pan latać bombowcami?
Nie, niestety. Oficjalnie dołączyłem do składu latającego rok później, czyli w 43. Musiałem, jak to się mówiło, przejść okres „nabijania ręki”, czyli szkolenie. I
kiedy gen. Władysław Sikorski odwiedził dywizjon w 1942 roku, ja trenowałem na wellingtonie nad Nottingham. To właśnie na takich wellingtonach latałem, kiedy nasz dywizjon przeniesiono do
lotnictwa obrony wybrzeża. Było to na archipelagu Hebrydów na Oceanie Atlantyckim. Zostaliśmy przydzieleni do nużących lotów patrolowych w poszukiwaniu niemieckich okrętów podwodnych,
U-Bootów. Namierzenie łodzi podwodnych to było jak szukanie igły w stogu siana!
A co robiliście po akcjach? Dobrze dogadywaliście się z Anglikami?
Świetnie, oni bardzo ciepło nas przyjęli. Musieliśmy się oczywiście "dotrzeć", poznać trochę ich kulturę i język, bo na początku porumiewaliśmy się trochę na migi.
Ale po jakimś czasie piliśmy razem herbatki, piwo i graliśmy w szachy oraz brydża. No i były też kobiety, WREN-ki, czyli pomocnicza kobieca formacja Royal Navy. Pamiętam, że na jednej ze
stancji był cały szwadron Polek, którymi dowodziła panna Ujejska, córka generała. Miło było porozmawiać z nimi po polsku, pośmiać się.
Weterani nadal trzymają się razem?
Spotykamy się w naszym gronie często. Nawet dzisiaj mamy wspólny, lotniczy posiłek.
*płk Andrzej Jeziorski, prezes Fundacji Stowarzyszenia Lotników Polskich oraz były pilot bombowca w Dywizjonie 304 im. Ziemi Śląskiej























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!