CBA na tropie łapówek własnego agenta
Od ponad pół roku Centralne Biuro Antykorupcyjne ukrywało, że jeden z kluczowych agentów brał łapówki od rozpracowywanych biznesmenów. Co więcej, kierownictwo CBA pozwoliło mu spokojnie odejść ze służby. Nie wiadomo czy oznacza to, że dziś pobiera emeryturę.
- Auta polskich szpiegów na sprzedaż
- Legenda "Solidarności" brała łapówki?
- Lekarz warszawskiej mafii zatrzymany
- Doktor G.: CBA manipuluje nagraniami
- Gang urzędników wyłudził 5 mln złotych
- Przeczytaj, jak CBA polowało na Krauzego
- CBA nie oszczędza. Wozi żony limuzynami
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Chodzi o Macieja D., któremu w listopadzie 2008 kajdanki na dłoniach zatrzasnęli jego koledzy z CBA. Wcześniej od roku badali sygnały, że skusiły go łapówki od biznesmenów, których rozpracowywali jego koledzy.
"Podejrzewamy, że zdradzał im, jakie dowody zgromadziliśmy. To tym bardziej smutne, że był jednym z założycieli naszej służby" - mówi jeden z agentów CBA. Choć inspektorat wewnętrzny CBA miał sygnał o możliwym korupcyjnym działaniu Macieja D., to szef Mariusz Kamiński awansował go na stanowisko naczelnika ds. współporacy międzynarodowej. Dopiero gdy D. odmówił badania na wariografie, stracił swoją funkcję i trafił na szeregowe stanowisko w delegaturze w Rzeszowie. Ostatecznie, czując brak zaufania kierownictwa, odszedł ze służby. W listopadzie 2008 roku został zatrzymany i aresztowany na trzy miesiące pod zarzutem łapownictwa.
"To, że trafił na kluczowe stanowisko w CBA, zawdzięcza znajomości z nadal urzędującym dyrektorem Zarządu Operacyjno-Śledczego" - mówi nam agent CBA. To najważniejsza komórka w tej służbie specjalnej. Jej funkcjonariusze zajmują się przygotowywaniem głośnych prowokacji jak te z doktorem G. oraz posłanką Barbarą Sawicką.
"Nikt tu kariery nie zrobi, jeśli nie jest kolegą dyrektora. Jeśli zalicza się do tego grona, ujdzie mu płazem każda wpadka" - mówią DZIENNIKOWI funkcjonariusze.
Rzeczywiście na tak delikatne traktowanie niewielu agentów może liczyć. DZIENNIK ustalił, że dotąd zdarzało się, że wystarczał cień podejrzenia o dokonanie przecieku do prasy, aby agenci tracili pracę.
"Jeden z najlepszych funkcjonariuszy śledczych został wpadkowany do auta i przewieziony do centrali w Warszawie. Tam został poddany badniu na wariografie. Było dla niego pozytywne, ale i tak znalazł się na cenzurowanym i sam zrezygnował ze służby" - mówi jeden z naszych rozmówców.























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!