Utopił półtora miliona w fałszywych obrazach
Jeszcze nigdy w historii polskiej kryminalistyki prokuratura nie miała do czynienia z taką ilością podróbek dzieł sztuki. Zlecenie ekspertyz w tym jednym śledztwie może zachwiać jej budżetem. Ale marszandowi, który wypuścił false na rynek, prawdopodobnie nie spadnie włos z głowy.
- Fałszywe euro z Belgradu
- CBŚ przechwyciło 250 tys. fałszywych euro
- Ksiądz z Olkusza fałszował pieniądze
- Artyści, których nigdy nie było
- Pieniądze z NBP kupisz w internecie
- Hazardzistka wyciągnęła z sejfu miliony
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-28

temp. min 2°C max. 23°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Jacek Kuciński stoi na zakurzonym strychu. Pod ścianą sterta płócien, kilka akwareli. Mężczyzna trąca nogą pierwszy z brzegu obraz: "O, to na przykład miał być Stanisławski. Ale kto to jest naprawdę? Diabli wiedzą".
Obraz przechyla się i zastyga na kupie innych, rzekomych Stanisławskich. Kuciński (buty w szpic, żel we włosach, elegancko rozpięta koszula) szybko cofa nogę, ostatecznie dowodów rzeczowych nie wolno kopać.
Od kilku tygodni łódzka prokuratura sprawdza, czy padł ofiarą megaoszustwa: przez sześć lat kupował obrazy od łódzkiego marszanda, Andrzeja N. W sumie - około 350 płócien. Co najmniej kilkadziesiąt z nich to falsyfikaty.
"Nie spotkałem się z fałszerstwem na tak wielką skalę" - przyznaje Jacek Wojciechowski z Komendy Głównej Policji. Adam Konopacki, warszawski ekspert rynku sztuki, też nie pamięta tak dużej sprawy. Podobnie łódzcy prokuratorzy, którzy żeby przebadać kolekcję Andrzeja N., będą musieli wydać setki tysięcy złotych, bo za jedną ekspertyzę biegli sądowi żądają od tysiąca do dwóch tysięcy złotych.
Kossak pod stołem do ping-ponga
"Lodzermensche palą się do mojej sztuki - niech im Bóg da zdrowie i dużo pieniędzy" - cieszył się sto lat temu malarz Wojciech Kossak. Jacek Kuciński, lodzermensch i fabrykant strojów kąpielowych, na zdrowie nie narzeka. Jeszcze osiem lat temu nie narzekał też na brak gotówki: interes szedł jak się patrzy, a na ziemi, którą sprzedał Francuzom z Carrefoura, zarobił ponad cztery miliony. Wtedy pomyślał o Kossaku.
Żółty dom milionera stoi na obrzeżach Łodzi. Wygląda nieciekawie: krzywe framugi, stare okna, za wysokie korytarze. Przestronny salon z kominkiem zdobią pistacjowe fotele. Do rezydencji przylega fabryczka. Kilka lat temu pracowało w niej kilkadziesiąt osób. Sam prezydent Aleksander Kwaśniewski wręczał biznesmenowi Kucińskiemu nagrodę "Teraz Polska". Dziś statuetka stoi na półce, a hala stoi pusta. Chińczycy zalewają rynek kąpielówkami źle uszytymi, ale tańszymi niż polskie.
W żółtym domu obrazy są wszędzie. Ciasno, jeden obok drugiego zwisają nad schodami i nad łóżkiem właścicieli. Na parterze, pod stołem do ping-ponga, piętrzy się sterta płócien. Kolejna - na strychu. Wyczółkowski, Boznańska, Ruszczyc, Cybis, Michałowski, Mehoffer, ze cztery Kossaki wiszą w biurze na piętrze fabryczki. Wszystkie w złotych ramach.
49-letni Kuciński uwierzył, że obrazy to dobra inwestycja. Na inwestycję wydał ponad półtora miliona.
Kiedy dowiedział się, że lwia część kolekcji to falsyfikaty, trafił go szlag. "Zadzwoniłem do Andrzeja i powiedziałem: weź ode mnie ten fajans, coś mnie go napchał, człowieku" - opowiada.
Ale Andrzej, który przez sześć lat sprzedawał mu obrazy, wcale nie chce fałszowanego fajansu.






















Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!