MATEUSZ WEBER: Dzięki panu możemy przeczytać powstańcze listy, które w 1944 r. nie trafiły do adresatów, ale zostały w końcu doręczone - wiele lat po wojnie. Jak te przesyłki dostały się w pańskie ręce?

JERZY KASPRZAK*: Po wojnie pracowałem w redakcji "Świata Młodych”. Któregoś grudniowego dnia 1967 r. zadzwonił do mnie kolega z zaprzyjaźnionej redakcji "Drużyny” i powiedział, że ma coś, co mnie zainteresuje. Gdy przyjechał, wysypał na biurko kilkadziesiąt listów z pieczątkami harcerskiej poczty polowej.

Skąd je miał?

Kilka dni po wyzwoleniu Warszawy pracownik drukarni "Drużyny” znalazł je w gruzach mokotowskiego oddziału poczty. Te listy nigdy nie zostały doręczone. Każdy miał adnotację: teren w ręku nieprzyjaciela, budynek spalony, nie ma dojścia, adresat nieznany. Wszystkie z adresami na Mokotów, moimi adresami doręczania w czasie powstania. Postanowiłem, że odszukam tych ludzi.

Jak?

Najpierw chodziłem pod podane adresy, potem rozmawiałem z dozorcami, często jeszcze przedwojennymi. Korzystałem też z książki telefonicznej. W ciągu pierwszych kilku dni udało mi się odnaleźć kilku adresatów. Wszędzie spotykałem się ze ogromnym zdumieniem i wzruszeniem. Akcja trwała wiele lat. Ostatni list wysłany przez st. strzelca Stefana Będzisza, ps. Pięć B, zaadresowany do matki, oddałem 28 lutego 1981 r. Trafił z powrotem w ręce tego żołnierza, bo matka pana Będzisza nie żyła już bowiem od kilku lat.

Jak dla pana zaczęło się powstanie?

Pamiętam piękną kobietę i weselny tort. 1 sierpnia jako członek Szarych Szeregów dostałem polecenie stawienia się przy ulicy Grottgera na Mokotowie. Stamtąd mój komendant Stefan Mirowski, ps. Bolek, kazał mi iść na Barską 5 na Ochocie. Właśnie tam od innych chłopców dowiedziałem się, że o 17 zaczęło się powstanie. Zaczęliśmy więc robić kanapki, bo wiedzieliśmy, że dziś już do domu nie wrócimy. W pewnym momencie do mieszkania weszła kobieta i postawiła na stole weselny tort. Okazało się, że to żona Stefana Mirowskiego. Właśnie 1 sierpnia "Bolek” wziął ślub.

Jaki był pana pierwszy rozkaz?

Mirowski powiedział, żebym pojechał na Wilczą 44 (Kwatera Główna Szarych Szeregów - red.), do Śródmieścia. Pamiętam dokładnie, że powiedział: "Zapamiętaj adres, nie notuj!”. Pojechałem ostatnim tramwajem, jaki odjechał z Ochoty. Po dostarczeniu meldunku musiałem wrócić, ale wieczorem dzielnica już była odcięta. Dwa dni starałem się, jak mogłem, ale trzeciego dnia, gdy byłem w bramie na Marszałkowskiej 35, wygarnęli mnie Niemcy.

Co z panem zrobili?

To była łapanka. Staliśmy w grupie kilkudziesięciu osób wyłapanych z ulicy, otoczeni przez żołnierzy. Nagle za rękę pociągnęła mnie jakaś kobieta. Okazała się moją sąsiadką z podwórka na Sielcach, gdzie mieszkała moja rodzina. Szybko przebrała mnie za dziewczynkę: dała chustkę na głowę i jakiś płaszczyk. Zabrali nas na Szucha, gdzie spędziliśmy dwa dni. Gdy kobiety jako żywe tarcze zapędzono z powrotem na Marszałkowską, udało się mnie i mojej sąsiadce uciec w bramę. I w tej kamiennicy ukrywaliśmy się do połowy sierpnia. Nie wychodząc z piwnicy, bo baliśmy się, że Niemcy znów nas złapią.

Jak wrócił pan do swoich?

Znalazł nas powstańczy patrol. Tak się dowiedziałem, że spory obszar Śródmieścia jest już w polskich rękach. Poszedłem więc pod jedyny adres, jaki znałem - na Wilczą 44. Okazało się, że nieopodal działa Harcerska Poczta Polowa. Tam spotkałem kolegę z wakacji, Jerzego Doroszewskiego, ps. Dorsz. Z podziwem patrzyłem na jego biało-czerwoną opaskę i torbę na listy. Wziął mnie do swojej drużyny, która miała stanicę przy Hożej. Tak zostałem włączony do służby.

Co robi czternastolatek w walczącym mieście?

Nosi listy i meldunki, jest obserwatorem, a nawet strażakiem. Mój rejon był na ulicy Kruczej. Miałem dwie skrzynki, które opróżniałem rano i wieczorem. Listy ze skrzynek nosiliśmy na Wilczą, gdzie były segregowane i cenzurowane. Potem zabierałem listy z moimi adresami i odnosiłem do adresatów.

Biegał pan z torbą pod ogniem wroga?

Z początku nie, ale po upadku Starówki zrobiło się gorąco. Pamiętam, jak na naszych oczach sztukasy zbombardowały pl. Trzech Krzyży. Pojawiły się z północy, przeleciały nad placem i już myślałem że odlecą, a one zawróciły, zanurkowały i zrzuciły bomby. Potem było coraz trudniej. 2 września nieopodal szkoły im. Królowej Jadwigi ranni w nogi zostali dwaj chłopcy z naszej drużyny. Za to 3 września do naszej kwatery wpadł odłamek pocisku z wielkiego niemieckiego moździerza Karl, który ostrzeliwał Śródmieście z parku Sowińskiego na Woli. Był tak gorący, że nie można go było dotknąć przez kilka godzin. Wtedy przeniesiono nas na Mokotowską 28. Okna kwatery wychodziły na ziemię niczyją między nami a Niemcami. Tam było bezpieczniej.

Cały czas nosiliście listy?

Na nowej kwaterze mieliśmy więcej zadań pomocniczych. Miałem np. dyżury w charakterze obserwatora przeciwlotniczego. Meldowałem, gdzie i jakie samoloty zrzuciły bomby. Mieliśmy na wyposażeniu węgierski granat zaczepny, niemiecką lornetkę, latarki, a nawet budzik do odliczania czasu służby. Później przez większość dnia robiliśmy podkop pod ulicą Natolińską, aby umożliwić powstańcom atak na dawne poselstwo czechosłowackie, gdzie siedzieli Niemcy. Na tych pracach zastała nas kapitulacja.

Co się z panem stało po upadku powstania?

3 października trafiłem do obozu w Pruszkowie, a potem do transportu, z którego w okolicach Częstochowy uciekłem. Po czterech i pół miesiąca od wyjścia z domu do powstania spotkałem matkę pod Piotrkowem Trybunalskim.

*Jerzy Kasprzak, ps. Albatros, powstańczy listonosz, autor książki "Tropami powstańczej przesyłki”