"W zamian za lojalną współpracę i informacje o rynku stali wywiad udzielił Jackowi K. parasola ochronnego i chronił go przed odpowiedzialnością za nadużycia finansowe" - mówi "Polsce" pracownik polskiego wywiadu. Jacek K. miał dzielić się cennymi informacjami o rosyjskich kontrahentach pod koniec lat 90.

Jak pisze gazeta, Jacek K. to niejedyna osoba związana ze służbami, która pojawia się w sprawie porwania i zabicia Krzysztofa Olewnika. Współpracował z nimi także działacz SLD Grzegorz K., który oferował Olewnikom pomoc oraz nieżyjący już Wojciech Franiewski - szef porywaczy.

Jackowi K. wczoraj płocki sąd nie przedłużył aresztu, o co wnioskowała prokuratura. Twierdzi ona, że przyjaciel rodziny Olewników współorganizował porwanie. Tymczasem na wolność może wyjść za kilka dni.

Według gazety jego praca w służbach ma tłumaczyć, dlaczego tak późno usłyszał zarzuty. Przedstawiono mu je dopiero 5,5 roku po śmierci Krzysztofa Olewnika. "We wszystkich przypadkach sądy I instancji nie wyrażały zgody na tymczasowe aresztowanie Jacka K." - mówi "Polsce" Zbigniew Wassermann zasiadający w komisji śledczej zajmującej się sprawą Olewnika. "Trafiał za kratki dzięki prokuratorom, którzy konsekwentnie odwoływali się do sądu apelacyjnego" - dodaje.

>>>Rodzina Olewników rozszerza śledztwo

Gazeta łączy także długą bezkarność Franiewskiego z jego pracą dla służb. Już w latach 90., przed porwaniem Olewnika mieszkał spokojnie pod Warszawą, kiedy teoretycznie szukano go listem gończym.

Ale, jak sugeruje gazeta, służby chroniły też swoich ludzi, wprowadzając śledczych w błąd. Komisja śledcza pytała się bowiem o związki podejrzanych z tajnymi zadaniami. "W jednym przypadku nie udzielono nam informacji, a w drugim uzyskaliśmy odpowiedź ewidentnie nieprawdziwą" - mówi "Polsce" Wassermann. Jego zdaniem w sprawie Olewnika szefowie służb specjalnych powinni zostać rozliczeni za swoje kłamstwa.