Pracodawcy coraz częściej zdają sobie sprawę z tego zagrożenia. Zdarza się nawet, że karzą niefrasobliwego pracownika zwolnieniem.

Boleśnie przekonał się o tym pracownik Banku Spółdzielczego w Suszu w woj. warmińsko-mazurskim. Mężczyzna na portalu społecznościowym Nasza-klasa umieścił swoje zdjęcie z pracy przy biurku. Tuż obok opublikował fotografie z imprez zupełnie prywatnych.

Na jednej z nich rozbawiony mężczyzna popija piwo w towarzystwie innych, mocno już rozweselonych amatorów tego trunku. O całej sprawie poinformował pracodawcę ”życzliwy” użytkownik serwisu. Argumentował, że fotografia z pracy umieszczona obok zdjęć zrobionych w czasie popijawy powoduje, że klienci tracą zaufanie do banku.

Szef tak przejął się doniesieniem, że pracownika zwolnił. Podstawa prawna? Art. 100 par. 2 pkt 4 kodeksu pracy, zgodnie z którym zatrudniony ma obowiązek dbać o dobro zakładu pracy, czyli także jego wizerunek, pozycję oraz renomę.

Jeszcze kilka lat temu tak drastyczna kara byłaby w Polsce nie do pomyślenia. Ostatnio jednak pracodawcy coraz częściej przyglądają się temu, co ich podwładni robią w sieci. Zrozumieli bowiem, że rosnąca z roku na rok aktywność pracowników (w tym również kadry kierowniczej) na portalach społecznościowych może mieć ogromny wpływ na dobre imię firmy. Potwierdzają to badania ”Sieci społecznościowe a ryzyko reputacyjne w miejscu pracy 2009” przeprowadzone przez firmę doradczą Deloitte w Stanach Zjednoczonych. Wynika z nich, że 60 proc. szefów uważa, iż ma prawo wiedzieć, jak ich podwładni piszą o sobie i o firmie w sieci. Aż 73 proc. ankietowanych przyznaje, że niefrasobliwość może być szkodliwa.

”Reputacja organizacji w dużej mierze decyduje o jej sukcesie, dlatego jej zachwianie może się przełożyć się na straty finansowe” - przyznaje Maciej Tesławski, rektor warszawskiej uczelni Marketing Communication Academy. W Polsce świadomość zagrożenia jest jednak nadal zbyt mała. ”Pracownicy nadal nie rozumieją, jakie problemy dla ich firmy mogą spowodować wypisywane w sieciach społecznościowych komentarze czy zamieszczane tam materiały wideo i zdjęcia” - dodaje Jacek Kuchenbeker, starszy konsultant w dziale zarządzania ryzykiem Deloitte.

Rzeczywiście, 53 proc. badanych jest głęboko przekonanych, że ich szefów nie powinno interesować, co robią w sieci. A jednej trzeciej nawet nie przyszło do głowy, że pisząc pod nazwiskiem o firmie, robią coś niewłaściwego. W tej grupie znalazła się 29-letnia Iwona, marketingowiec z Warszawy. Na serwisie Goldenline napisała, że szuka nowej pracy, bo obecna nie jest dla niej rozwijająca. ”Pewnego pięknego dnia moja szefowa zaprosiła mnie na rozmowę i spytała, kiedy zamierzam opuścić tę nudną firmę. Byłam w szoku, ale potem zrozumiałam, że musiała zerknąć na mój profil” - opowiada. Od razu po przyjściu do domu usunęła kompromitujące wpisy. ”Udało mi się uniknąć zwolnienia. Ale miałam serce w gardle” - mówi.

Podobnych wpisów jest w internecie bez liku. A autorzy podpisują się imieniem i nazwiskiem. ”Szukam nowych wyzwań zawodowych” - pisze handlowiec z Gdańska na portalu Goldenline. Obecnie pracuje w firmie budowlanej i każdy odwiedzający stronę może poznać jej nazwę. ”Mój szef to burak, a w firmie panuje bajzel” – pisze inna internautka. W serwisie umieściła zdjęcie i swoje CV, a także nazwę agencji reklamowej, w której jest zatrudniona. Na znanym portalu randkowym przez kilka lat zobaczyć można było też anons ze zdjęciem rzecznika prasowego jednej z największych spółek giełdowych. Mężczyzna pisał tam m.in., że ma słabość do niewłaściwych kobiet.

Dlatego eksperci radzą: zanim umieścisz w internecie prywatne zdjęcie, napiszesz pod nazwiskiem coś kontrowersyjnego o szefie, miejscu pracy czy kliencie, zastanów się, czy może ci to zaszkodzić. Na razie tylko 15 proc. pracodawców próbuje jakoś reagować: filtruje sieć, przeprowadza pogadanki z podwładnymi czy wprowadza odpowiednie zapisy w regulaminie pracy. Nie ma jednak wątpliwości, że już wkrótce się to zmieni.