Pani Agnieszka Wodzińska z Warszawy jest oburzona. "Na ten skandal muszę jakoś reagować!" – mówi w rozmowie z tvn24.pl. "Trudno nie reagować na takie chamstwo. Nie wyobrażacie sobie, jak mnie to boli" - dodaje.

Dziwne pismo przyniósł pani Agnieszce listonosz pod koniec maja. "Niniejszym oświadczam, że pozostaję przy życiu i zamieszkuję pod wskazanym adresem" - brzmiałą deklaracja, pod którą trzeba było złożyć parafkę. ZUS na potwierdzenie żywotności daje emerytom 30 dni.

Co na to Zakład Ubezpieczeń Społecznych? Według urzędników, to zwyczajna procedura, dotycząca wszystkich, którzy mając uprawnienia do pobierania polskich emerytur i mieszkają za granicą.

"W takim wypadku musimy potwierdzić, czy cały czas istnieje podstawa do pobierania świadczeń" - tłumaczy w tvn24.pl Mikołaj Skorupski, rzecznik ZUS. Powołuje się przy tym na bliżej nieokreślone "europejskie przepisy" i przekonuje, że taka praktyka jest powszechna również wśród firm ubezpieczeniowych. Rzecznik nie chce jednak komentować, czy takie pytanie nie jest co najmniej nietaktem.

Problem w tym, że pani Agnieszka nigdy na stałe za granicą nie mieszkała. Od 30 lat jest zameldowana pod tym samym warszawskim adresem przy Dolinie Służewieckiej. "Chyba napiszę, że nie żyję od kilku lat i podpiszę się pod spodem" - mówi. "Albo zapytam ich, czy życzą sobie, żebym przybliżyła datę swojej śmierci! Jakoś trzeba przecież ułatwić ich pracę" - dodaje.

Podstawę prawną do pytania emerytów, czy żyją, daje zdaniem ZUS Ustawa o rentach i Emeryturach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych z 1998 roku. Oburza to rzeczniczkę Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej Bożenę Diaby. Jednak, jej zdaniem, zawiniły nie przepisy, a ich zła interpretacja. "To jest kolejna sytuacja kiedy nie trzeba zmieniać prawa, tylko wymagać od urzędników elementarnej inteligencji" - mówi Diaby.