"Zaskoczyła mnie liczba par, zgłaszających się do naszej kliniki. Według moich szacunków jest ich o 30 proc. więcej niż zazwyczaj. Niektóre przez znajomości próbują przeskoczyć kolejkę, byleby już poddać się procedurze in vitro" - opisuje dr Mariusz Kiecka, współwłaściciel katowickiej Provity, gdzie na wizytę czeka się teraz dwa miesiące.

>>>Opowiedz swoją historię o in vitro

W klinikach jest tak dużo zgłoszeń, że trudno o wolne terminy. "Mamy już wypełniony terminarz na najbliższy kwartał" - podkreśla Piotr Miciński, kierownik zakładu Novomedica w Mysłowicach na Górnym Śląsku. Z kolei w sieci klinik Invimed liczba dzwoniących wzrosła o kilkadziesiąt procent w porównaniu z grudniem zeszłego roku.

Nie liczą się pieniądze

Ta przedustawowa gorączka dziwi dr. Kieckę. Był przekonany, że wszyscy się wstrzymają, czekając na możliwą refundację zabiegu ze strony państwa. Jest wręcz odwrotnie. I choć jeden zabieg kosztuje nawet 12 tysięcy zł, pary nie chcą czekać.

33-letnia Magda Muszyńska, która na leczenie wydała już ok. 50 tys. zł teraz będzie miała trzeci zabieg. I choć zamierzała trochę odczekać, aby pozwolić odpocząć organizmowi i dojść do siebie po dwóch nieudanych próbach, jednak go przyspieszy.

"Chciałabym zdążyć przed Gowinem. Co z tego, że państwo odda mi pieniądze, jeżeli nie urodzę dziecka" - argumentuje Magda.

Najważniejsza skuteczność

Dla Magdy i innych par, które starają się o potomka, najistotniejsza jest skuteczność zabiegu. Obecnie w Polsce wynosi ona 35-40 proc. Ale jeżeli zostałby wprowadzony zakaz mrożenia zarodków, mogłaby według lekarzy spaść do kilkunastu procent. Tak jak w Niemczech, które kiedyś były w europejskiej czołówce pod względem udanych zapłodnień in vitro.

Według prof. Waldemara Kuczyńskiego, przewodniczącego Sekcji Płodności i Niepłodności Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego, od kiedy u naszych zachodnich sąsiadów obowiązuje prawo podobne do propozycji Jarosława Gowina, skuteczność metody wynosi tylko 14 proc.

Podobnie jest we Włoszech od czasu, kiedy zezwolono na przygotowanie maksymalnie trzech zarodków i zabroniono ich mrożenia. Prasa donosi, że 5 tys. Włoszek chcących poddać się zapłodnieniu in vitro wyjeżdża za granicę, m.in. do Polski.

Tak jest w przypadku Doroty, która mieszka z mężem we Włoszech. Choć tam zabiegi są refundowane, zdecydowała się na zapłodnienie w Polsce.

Chciała to zrobić na wiosnę. Jednak, gdy usłyszała o planowanej ustawie, zmieniła rezerwację na bilety do Polski i zapisała się już na wizytę w lutym.

Stres i walka z czasem

Lekarze zauważyli coś jeszcze. Projekt Gowina sprawił, że pary o wiele szybciej podejmują decyzję o sztucznym zapłodnieniu. "Kiedy wszystkie inne metody zawiodły i lekarz mówił: jedyna szansa to in vitro, ludzie zwykle potrzebowali czasu na zastanowienie. Na ogół trwało ono kilka miesięcy. Teraz decydują się niemal od razu, w obawie, że wejście w życie nowej ustawy może przekreślić ich marzenia o dziecku" - mówi Małgorzata Smolińska z Invimedu.

"Prawda jest taka, że kobiety się boją tej ustawy. Strach jest powszechny. Wizyty zaczynają się od pytania, co im jeszcze wolno" - dodaje dr Grzegorz Południewski z warszawskiej kliniki Gameta.

"Uspokajam pacjentki, że ustawa to dopiero projekt. Nie pomaga, a strach jest bardzo zły. Stres negatywnie wpływa na terapię" - podkreśla.

Ten strach czuje 31-letnia warszawianka Olga. Kiedy cztery lata temu wychodziła za mąż, wiedziała już, że nie będzie mogła mieć dzieci w sposób naturalny, dlatego szybko zapisała się do kliniki leczenia bezpłodności. Próbowano ją stymulować, żeby podnieść poziom hormonów.

Skończyło się na in vitro. Niestety, ciążę poroniła. Lekarze radzą jej, żeby znowu spróbowała stymulacji, ona jednak nie bierze tego pod uwagę.

"Nie wiem, jak potem będzie wyglądać sytuacja. Będę robić in vitro jak najszybciej" - mówi Olga.

Sztuczne zapłodnienie to dla kobiet wielkie obciążenie psychiczne. Teraz zgodnie przyznają, że doszedł im jeszcze jeden stres - walka z czasem.

"Osiem lat leczenia, nieudane próby. Czy z kolejną uda się zdążyć przed ustawą? Presja czasu jest nie do zniesienia. Wykorzystałam wszystkie zarodki, niestety nie mam żadnej >rezerwy< i czeka mnie ponownie uciążliwa stymulacja" - żali się 32-letnia Anna z Warszawy.

Temat przewija się także w internecie. Już grudniu, kiedy projekt Gowina pojawił się w mediach, na blogu zatytułowanym "Naszkle" pojawił się wpis: "Chcę jak najszybciej mieć tę próbę za sobą, żeby w razie niepowodzenia natychmiast powtórzyć in vitro. Muszę zdążyć przed wprowadzeniem przepisów PO. Niespotykane dotąd kolejki w klinice świadczą o tym, że nie tylko ja tak kombinuję."

p

Anna Monkos: Załóżmy, że jestem bezpłodni i jedyną szansą na urodzenie dziecka jest in vitro. Jak przekona mnie pan do projektu ustawy, który na pierwszym miejscu stawia dobro zarodka?
Jarosław Gowin, poseł PO, twórca projektu ustawy o in vitro: Dzisiaj nie ma żadnych regulacji, więc prawa pacjentek nie są w żaden sposób chronione. Wystarczy poczytać listy, które docierają do mediów, by zauważyć, że dziedzina zapłodnienia in vitro jest w Polsce dżunglą. Poza tym konstytucja stwierdza, że życie ludzkie zaczyna się od momentu poczęcia. Zarodek powinien być więc traktowany jak istota ludzka, a podstawowym prawem człowieka jest prawo do życia. Trzeba wprowadzić regulacje, które będą chronić zarodki przed możliwością ich celowego niszczenia.

Pary nie zgadzają się na niszczenie zarodków. Rodzice dzwonią do klinik i pytają, co będzie z ich zarodkami?
Już zamrożone zarodki będą mogły być wykorzystane przez rodziców albo oddane do adopcji.

Ale gdyby pańska ustawa weszła w życie, mrożenie zarodków zostanie zabronione.
Dlatego że w Polsce jest kilkadziesiąt tysięcy zamrożonych zarodków i wiadomo, że ogromna większość z nich jest skazana na śmierć. Poza tym kanon cywilizacji europejskiej przewiduje, że człowiek nie może być traktowany w sposób instrumentalny. A zamrażanie zarodków urąga ludzkiej godności.

A jeżeli mój światopogląd jest inny niż pański? W mrożeniu zarodków nie widzę nic złego i mam prawo do posiadania dziecka.
Nikt nie ma prawa do posiadania dziecka, jeśli się to wiąże z zamrażaniem zarodków. To jest skazywanie ich na śmierć, i to na skalę masową.

Załóżmy, że chcę zamrozić pięć zarodków. Będę próbować do skutku i nawet gdyby miała się urodzić piątka dzieci, to będę szczęśliwa.
Scenariusz, jaki pani przedstawia, jest sprzeczny z faktami. W Polsce jest kilkadziesiąt tysięcy zamrożonych zarodków, część z nich zginie.

Osoby, korzystające z in vitro są niemoralne?
Nie oceniam moralności osób, które korzystają z in vitro, nie mam do tego żadnego prawa. Ja tylko mówię, że państwo ma stać na straży ludzkiego życia. Również życia zarodków. Trzeba szukać rozwiązań kompromisowych, które z jednej strony dadzą bezpłodnym parom szansę na dziecko, ale z drugiej będą chronić życie ich własnych dzieci.

Zmniejszając skuteczność metody z 30 do 3 proc.
To są nieprawdziwe liczby.

Podają je lekarze. W czym pańska propozycja jest lepsza nie tylko dla zarodka, ale i dla rodziców?
Przecież to, co proponuję, ma uratować dzieci. A ich dobro powinno być wartością nadrzędną.