BARBARA SOWA: Kim jest tytułowy "Doręczyciel"?
ARTUR BARCIŚ*: To mężczyzna po czterdziestce, który świat widzi oczami dziecka. Jest lekko upośledzony umysłowo i po śmierci nadopiekuńczej matki, która trzymała go pod kloszem, musi się nauczyć radzić sobie zupełnie sam. Nie potrafi kłamać, wszystko rozumie bardzo dosłownie, nie zna wartości pieniądza, ale przy pomocy przyjaciół udaje mu się znaleźć pracę w firmie kurierskiej. Z czasem ze wszystkim zaczyna sobie radzić coraz lepiej, poznaje reguły rzadzące otaczającą go rzeczywistością, ale też często wpada w spore tarapaty.

Rola upośledzonego człowieka była zapewne wyzwaniem?
To prawda. Długo zajęło mi stworzenie tej postaci. Wcześniej długo obserwowałem podobne osoby na ulicy, odwiedzałem bary mleczne i przyglądałem się, jak jedzą, jak reagują, jak patrzą na siebie i innych ludzi.

W niedzielne wieczory widzowie najpierw będą Pana oglądać w roli upośledzonego doręczyciela, a potem jako złego inspektora w "Ranczu". Nie boi się Pan, że widzowie będą mieli dość Barcisia, jak na jeden wieczór?
To oczywiście zbieg okoliczności, "Doręczyciel” będzie pokazywany przed "Wiadomościami” , a "Ranczo” po serwisie. Widzowie rzeczywiście mogą mieć dość. Ale to dwie zupełnie różne postaci - żadna nie jest do mnie podobna. Janek Kaniewski to osoba lekko upośledzona, ale bardzo ciepła i sympatyczna, a Czerepach z "Rancza” wręcz przeciwnie. Powiem więcej - taką świnią, jak Czerepach w "Ranczu”, to jeszcze nie byłem.