Zakład Karny w Barczewie to stare 200-letnie pruskie więzienie: otoczony wysokim murem osobny świat. Mury zakładu przekraczam przed południem. Już zaraz za bramą funkcjonariusze dokładnie mnie przeszukują zabierając potencjalnie niebezpieczne przedmioty np. scyzoryk. Muszę też oddać telefon - względy bezpieczeństwa. Komórkę może mieć tylko dyrektor i dyżurny funkcjonariusz. W więzieniu działa bowiem system namierzający takie urządzenia.

Za bramą przechodzę przez dziedziniec. "Po lewej stronie jest oddział XIV, dla szczególnie niebezpiecznych" - informuje mnie oprowadzający funkcjonariusz. To tu, w pojedynczych celach siedzą porywacze Krzysztofa Olewnika. Tam jednak nie trafię, na ten oddział nie wchodzi nikt obcy. Ja trafiam na tzw. blok ogólny, gdzie siedzi większość skazanych. W uszy uderza mnie ostry brzęk - to dyżurny otwiera kratę, po drugiej stronie korytarza czeka inny funkcjonariusz. Nie może wyjść, aż ja nie wejdę, bo jednorazowo w korytarzu może być otwarta tylko jedna krata.
W bloku ogólnym więźniowie jedzą właśnie obiad. Na plastikowych talerzach ochydnie wyglądająca wątróbka albo kurczak, ziemniaki i surówka - podaje je skazaniec o wytatuowanych na niebiesko rękach. Cele podczas wydawania posiłków sa szeroko otwarte i na korytarz wydostaje się z nich nieznośny smród. To więźniowie tak cuchną - brudem. Nic dziwnego, łaźnie mają raz w tygodniu.

Klatka schodowa to długie, przedzielone kratami korytarze i rzędy umieszczonych na kilku piętrach cel. Każde z charakterystycznym "judaszem", przez który co jakiś czas zagląda strażnik.

Zaraz obejrzę je sobie od środka. Żeby jeszcze lepiej wczuć się w atmosferę więziennej rzeczywistości, proszę o więzienne ubranie nazywane "skarbowym" (więźniowie tak je nazywają, bo kupowane jest za publiczne pieniądze). Dostałem jaskrawo czerwone, takie jak dla niebezpiecznych. Pozostali więźniowie noszą zielone.

>>>Zobacz więzienie, w którym siedzą mordercy Olewnika

Wchodzę do środka. Za drzwiami czeka na mnie małe pomieszczenie z piętrowym łóżkiem i umywalką na jednej ścianie oraz stolikiem i szafką na drugiej. Na przeciwko od wejścia zakratowane okno przesłonięte blendą. Świata przez nie sobie nie pooglądam. Przez okno dociera światło słoneczne, ale tego, co się za nim dzieje, zobaczyć się już nie da.

Gdy drzwi się zamykają, momentalnie wpadam w panikę. Czuję, że ściany zaraz się zsuną i mnie zmiażdżą. Poczucie niepewności wzmaga umieszczona kamera śledząca każdy mój ruch Zaczynam nerwowo chodzić od ściany, do ściany, od ściany do ściany. Oprowadzający mnie funkcjonariusz lekko się uśmiecha. Pytam dlaczego. "Bo to właśnie przez większość czasu robią w celi więźniowie" - odpowiada.

Chodzą, bo się nudzą, a nuda to codzienność każdego więźnia. Osadzeni w Barczewie choć mają prawo do spaceru, widzeń, książek, niewielkiego telewizora czy zajęć w świetlicy, to i tak przez większość czasu potwornie się nudzą. Wtedy przychodzą im do głowy głupie pomysły: tną się maszynkami do golenia, łykają ostre przedmioty czy okaleczają się w inny sposób. Robią to, by pójść do więziennego szpitala i choć na krótko wyrwać się z czterech ścian celi.

W jeszcze gorszej sytuacji są więźniowie niebezpieczni - tacy jak porywacze Krzysztofa Olewnika. Oni nie mogą nawet pójść do kantyny po drobne zakupy. Wszystko do celi przynosi im strażnik. Myślę o tym, co normalnie bym robił, gdybym się nudził, np. w domu. Zadzwonił do znajomych? Umówił do kina? Tu nic z tego nie zrobię. Nie mam z kim pogadać. Mogę poczytać książkę. Ale już nie zrobię modelu okrętu z II wojny światowej, bo nikt nie da mi kleju i nożyczek. Nie posurfuję w internecie ani nawet nie pogram na komputerze - bo nikt mi go tu nie da. Ogarnia mnie przerażenie - w więzieniu można naprawdę umrzeć z nudów.

Na pocieszenie, gdybym był więźniem "N" - niebezpiecznym - miałbym o dwadzieścia minut dłuższy spacer. Godzina i dwadzieścia minut dziennie na zewnątrz. Rewelacja. Szkopuł w tym, że spacerniak to półokrągła, ciasna studnia, jednak dla więźnia to i tak namiastka wolności.

Kiedy wychodzę z celi, marzę tylko o jednym - jak najszybciej wyjść za mury więzienia. Gdy już wychodzę za bramę, biorę głęboki wdech. Nigdy więcej nie wrócę do Barczewa.