Polka ze świńską grypą leży w twierdzy
Oddział zakaźny szpitala w Mielcu jest jak twierdza. Nikt prócz lekarzy i pielęgniarek nie może wchodzić do środka, gdzie leży chora na świńską grypę Polka. Aby z pacjantami nie było nawet wzrokowego kontaktu, okna oddziału - który jest na parterze - zasłonięto roletami.
- Rodzina chorej na świńską grypę jest zdrowa
- Bliscy chorego na A/H1N1 w szpitalu
- Szukają ludzi, którzy wracali z chorą Polką
- Kopacz: Służby docierają do pasażerów
- Dowiedz się wszystkiego o świńskiej grypie
- Chory leciał do Polski trzema samolotami
- Kopacz: Polka nie zaraziła innych pasażerów
- Alarm w szkole. Syn chorej to nauczyciel
- Zarażona Polka opuści szpital za cztery dni
- Kolejne podejrzenie wirusa A/N1H1 w Polsce
- Tak zabijano świńską grypę w przychodni
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Odział zakaźny szpitala powiatowego w Mielcu, do którego trafiła chora na świńską grypę kobieta, wczoraj wieczorem był zamknięty. Na drzwiach wisiała jedynie mała kartka z napisem
"Zakaz wchodzenia. Szpital zamknięty".
Jeszcze kilka godzin wcześniej, zanim Ministerstwo Zdrowia oficjalnie poinformowało o niebezpiecznej chorobie pacjentki mieleckiej placówki, położony na tyłach kompleksu wybudowanego w latach
70. szpitala oddział pracował normalnie.
Każdy, kto tylko chciał, mógł wejść do środka i rozmawiać z pacjentami, a lekarze chętnie udzielali informacji na temat stanu zdrowia kobiety, którą odseparowano w izolatce. "Stan
pacjentki jest dobry, gdyby nie to, że przyjechała ze Stanów Zjednoczonych, nigdy nie trafiłaby do tego pomieszczenia" - zapewniał nas wczoraj popołudniu ordynator oddziału Józef
Sznajder.
Wszystko zmieniło się po godz. 19, niedługo po tym, gdy na ekranach telewizorów pojawiły się alarmujące informacje o pierwszym potwierdzonym przypadku świńskiej grypy w Polsce. Drzwi
oddziału zamknięto na głucho, a okna na parterze jednopiętrowego budynku szczelnie zasłonięto roletami. Niedługo potem ktoś przykleił do drzwi taśmą samoprzylepną kartkę z opatrzoną
pieczątką ordynatora informacją o zakazie wstępu.
Gdy około godz. 21 próbowaliśmy wejść na oddział, ale nikt nie reagował na dźwięk dzwonka. Nie licząc koczujących w pobliżu wejścia ekip telewizyjnych i dziennikarzy, pusto było też
wokół szpitala.
Małe zamieszanie powstało tylko wtedy, gdy tuż po godz. 21 przed drzwi wejściowe podjechała na sygnale karetka, z której wysiadła trójka pasażerów - mąż oraz dwoje dorosłych dzieci
chorej kobiety. Nie chcieli rozmawiać z dziennikarzami.
Na oddziale słuchawkę telefonu podnosiły jedynie pielęgniarki z dyżurki, które zdenerwowane szybko ucinały wszelkie pytania. "Mamy tu czterdziestu pacjentów, ordynator ma dyżur, a
my nie mamy czasu na rozmowy" - prawie krzyczały na dziennikarzy.
Jedyną osobą, która udzielała informacji dziennikarzom, była rzeczniczka szpitala Aneta Dyka-Urbańska, która na zaimprowizowanej konferencji prasowej uspokajała, że ze względu na
położenie budynku, w którym mieści się oddział zakaźny, i odseparowanie chorej, żadna z osób postronnych nie powinna się od niej zarazić.





















Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!