Życie Anny K. to historia z najczarniejszego koszmaru. Bliscy, których kochała, krzywdzili ją przez 11 lat. Dziewczynę gwałcił ojciec i brat - pisze "Fakt".
Tego dnia nie może zapomnieć. Mama poszła po zakupy, a ojciec kazał rozebrać się 7-letniej Ani. Potem czuła smród wódki i potworny ból... Starszy o 13 lat brat
Leszek, którego błagała o pomoc, najpierw uśmiechał się drwiąco, a potem poszedł w ślady ojca.
Jeszcze kilkanaście lat temu byli normalną rodziną. Małgorzata i Jan K. wraz z dziećmi - Anią i Leszkiem - mieszkali w bloku w centrum Słubic (woj. lubuskie). Ojciec pracował w miejscowej fabryce, mama zajmowała się dziećmi i domem.
Gdy na początku lat 90. ojciec stracił pracę, sielanka się skończyła. Zamiast szukać pracy, zaczął pić. Najpierw po kryjomu, na mieście, gdzie wychodził rzekomo szukać pracy, potem już nawet nie udawał. Żona nie mówiła mu złego słowa. "Mama miała nadzieję, że to się skończy" - mówi Ania.
Ale on wracał wieczorami i awanturował się. Sąsiedzi do dziś wspominają krzyki małej Ani, błagającej, by tatuś nie bił mamusi. Krzyki, przechodzące w cichy dziecięcy szloch, kiedy mała dziewczynka próbowała bronić się przed ojcem. Nie znała dnia ani godziny. Potrafił przyjść do niej raz na tydzień albo co dwa dni.
Pracownice opieki społecznej w Słubicach podejrzewały, że w domu K. dzieje się źle, ale gdy pytały matkę, ta milczała. Gdy spostrzegli, że dziewczyna jest w ciąży, podjęli decyzję, aby zabrać Anię z rodzinnego domu. Kiedy pijany ojciec spał, kobiety weszły do domu, spakowały i po prostu zabrały stamtąd Annę.
Teraz dziewczyna zamieszkała w jednym z prowadzonych przez zakonnice ośrodków gdzieś w Wielkopolsce. "Ona wciąż zachowuje się jak zaszczute zwierzątko. Ucieka w kąt pokoju, płacze, szlocha, krzyczy, aby jej nie krzywdzić" - szepcze siostra Halina, opiekunka Anny. "Po tak strasznych przejściach, jeszcze długo nie będzie mogła dojść do siebie".
Jeszcze kilkanaście lat temu byli normalną rodziną. Małgorzata i Jan K. wraz z dziećmi - Anią i Leszkiem - mieszkali w bloku w centrum Słubic (woj. lubuskie). Ojciec pracował w miejscowej fabryce, mama zajmowała się dziećmi i domem.
Gdy na początku lat 90. ojciec stracił pracę, sielanka się skończyła. Zamiast szukać pracy, zaczął pić. Najpierw po kryjomu, na mieście, gdzie wychodził rzekomo szukać pracy, potem już nawet nie udawał. Żona nie mówiła mu złego słowa. "Mama miała nadzieję, że to się skończy" - mówi Ania.
Ale on wracał wieczorami i awanturował się. Sąsiedzi do dziś wspominają krzyki małej Ani, błagającej, by tatuś nie bił mamusi. Krzyki, przechodzące w cichy dziecięcy szloch, kiedy mała dziewczynka próbowała bronić się przed ojcem. Nie znała dnia ani godziny. Potrafił przyjść do niej raz na tydzień albo co dwa dni.
Pracownice opieki społecznej w Słubicach podejrzewały, że w domu K. dzieje się źle, ale gdy pytały matkę, ta milczała. Gdy spostrzegli, że dziewczyna jest w ciąży, podjęli decyzję, aby zabrać Anię z rodzinnego domu. Kiedy pijany ojciec spał, kobiety weszły do domu, spakowały i po prostu zabrały stamtąd Annę.
Teraz dziewczyna zamieszkała w jednym z prowadzonych przez zakonnice ośrodków gdzieś w Wielkopolsce. "Ona wciąż zachowuje się jak zaszczute zwierzątko. Ucieka w kąt pokoju, płacze, szlocha, krzyczy, aby jej nie krzywdzić" - szepcze siostra Halina, opiekunka Anny. "Po tak strasznych przejściach, jeszcze długo nie będzie mogła dojść do siebie".
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|