Chcemy pokazać dowody potwierdzające słuszność polskich uwag do raportu MAK - oświadczył szef MSWiA Jerzy Miller, kierujący polską komisją wyjaśniającą przyczyny katastrofy smoleńskiej. Wtorkowa konferencja miała być odpowiedzią na ubiegłotygodniową prezentację raportu przez MAK.

W kancelarii premiera skończyła się już prezentacja przez polską Komisję Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego materiałów dowodowych dotyczących przyczyn i okoliczności katastrofy z 10 kwietnia. Na początku pokazano zdjęcia z monitoringu warszawskiego lotniska Okęcie, gdy polska delegacja pod kierunkiem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wsiadała na pokład.

"To nie są żadne nowe wątki" - zastrzegł Miller apelując do przedstawicieli mediów, by oceniono czy trafna była decyzja MAK, aby polskie uwagi podzielić na "techniczne", uwzględnione w raporcie i na pozostałe "niemieszczące się w formule raportu". Miller przypomniał, że komisja "nie szuka winnych", lecz analizuje przyczyny, aby uniknąć błędów w przyszłości.

Ił-76 nie dostał komendy "horyzont" w odpowiednim momencie

Strona polska postanowiła sięgnąć do materiałów zarejestrowanych na długo przed katastrofą - gdyż warunki atmosferyczne w Smoleńsku były poniżej minimum, zanim jeszcze Tu-154 wystartował z Warszawy. Przekonał się o tym rosyjski pilot maszyny Ił-76. Jego dwie próby lądowania zostały zarejestrowane na taśmach (również video, należącej do kamerzysty TVP).

Podczas specjalnej konferencji prasowej zestawiono dwa nagrania. Jedno pokazywało wylot polskiego Tu-154 z warszawskiego Okęcia, drugi lądowanie Iła-76.

Jak wyjaśniali eksperci, na nagraniu z lotniska Smoleńsk widać, że warunki atmosferyczne były bardzo trudne. Z zapisu wynika też, że również Ił, podczas nieudanej próby lądowania (odszedł ostatecznie na drugi krąg) zszedł poniżej minimum - 100 metrów. Mimo to nie padła komenda kontrolera - horyzont.

Słychać także rozmowę kontrolerów (przetłumaczoną na język polski), z której wynika, że kontrolerzy byli bardzo zdenerwowani. "Job twoja mać, ale jaja, kurrrr..." - komentuje desperackie manewry pilota Iła jeden z kontrolerów. Z podanych informacji wynikało, że Ił-76 znajdował się na wysokości 54 metrów nad terenem, a więc zszedł znacznie poniżej wyznaczonego minimum - bez jakiejkolwiek reakcji kontrolera z wieży.

Co gorsza, w wkrótce po próbach Iła jeden z pracowników mówi: "Trzeba Polakom powiedzieć, że nie mają po co startować".

Wieża podawała niewłaściwe dane?

Zdaniem członków polskiej komisji badającej katastrofę Tu-154 różnice w informacjach podawanych polskiemu Jakowi-40 i rosyjskiemu Iłowi-76 pozwalają wątpić, czy wieża w Smoleńsku podawała właściwe dane.


Jak powiedział jeden z polskich ekspertów komentując pokazaną we wtorek w kancelarii premiera prezentację, ok. 8.00 czasu miejscowego załodze polskiego Jak-a kontrola lotów podała, że widzialność wynosi 1500 metrów (wcześniej była nawet mowa o 4 km), a po minucie rosyjskiemu Iłowi-76 - że niespełna tysiąc.

Zdaniem członka Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego Powstaje pytanie, czy dane te odpowiadały stanowi faktycznemu.

Ekspert zwrócił też uwagę, że kontrolerzy byli zdenerwowani, co słychać, kiedy wydają polecenie włączenia reflektorów. "Nerwowa sytuacja, która wynika z deficytu czasu, powoduje, że na wieży przechodzi się na język nieparlamentarny" - skomentował członek komisji.

Napięcie rośnie

Z każdą kolą minutą napięcie na wieży rosło. O uchybieniach proceduralnych i atmosferze panującej w wieży może świadczyć fakt, że Jak-40 lądował bez zgody kontrolerów. Jego ryzykancki manewr wzbudził podziw Rosjan: jeden skomentował go pochwalnym "mołodiec".

W tym samym czasie wieża próbowała konsultować się ze zwierzchnikami. W rozmowie telefonicznej z oficerem operacyjnym zastępca dowódcy bazy w Smoleńsku mówi: "Nie wyrabiam, Smoleńsk przykryło, w prognozie jej [mgły] nie było", "w ciągu 20 minut przykryło", "oni nas o zgodę nie pytali, lecą sami". Zastępca obiektu uprzedza też "trzeba dla niego szukać zapasowego".

"Proponuję Wnukowo, bo trzeba gdzieś odprawę celną i granicę przekroczyć" - mówi kontroler. W późniejszych minutach wielokrotnie wieża próbowała uzyać informacje o zapasowym lotnisku od przełożonych.

Z czasem mnożyły się polecenia. "Paweł, doprowadzasz do 100 metrów. 100 metrów! Bez dyskusji!" - padło w trakcie rozmów na wieży. Nie wiadomo jednak, czy dotyczy to dyskusji między kontrolerami, czy też dyskusji między wieżą a pilotami.


Jednocześnie kontrolerzy komentują prognozy meteorologów. "Ten z meteo to niepoczytalny, czy co? Podaje, że jest 800 metrów..." - mówią o informacjach na temat widoczności w okolicach lotniska.

W tym samym czasie załoga Jaka-40 oceniała widoczność na 200 metrów. "O k..., zobacz!" - skomentował lot przez mgłę jeden z pilotów Tu-154.

Załoga wieży kontroli lotów tymczasem najwyraźniej nie wiedziała, co z tym fantem zrobić. "Przede wszystkim przygotuj go na drugi krąg" - mówił zastępca szefa kontrolerów. - "...na drugi krąg i koniec. A dalej... sam podjął decyzję, niech sam dalej..."

Problem też w tym, że z załogą Tu-154 kontaktował się nie ten kontroler, który powinien. Pułkownik Krasnokutski wszedł w kompetencje innej osoby - stwierdzili jasno polscy eksperci.

Jeden z najmocniejszych zarzutów polskiej komisji wiąże się z brakiem reakcji kontrolerów w sytuacji, gdy Tu-154 podchodził do lądowania. Kontrolerzy nieustannie informowali załogę, że jest na ścieżce lądowania - mimo że na kilka kilometrów przed lotniskiem samolot znajdował się 130 metrów za wysoko i schodził z kursu o 80 m. Na dwa kilometry przed pasem lądowania Tu-154 zszedł na 20 metrów poniżej ścieżki - i 80 m na bok. "Dwa na kursie ścieżce" - słyszeli cały czas piloci. Oznaczało to, że wszystko jest w porządku - tymczasem nic nie było w porządku.

Gdy padła komenda "horyzont" - maszyna była już 70 metrów poniżej ścieżki. Nie dość, że samolot nie był więc na "kursie ścieżce", to jeszcze był znacznie poniżej 100 metrów, o których wcześniej rozmawiali kontrolerzy. "Względem pasa Horyzont był 11 sekund wcześniej" - uznali polscy eksperci. Pierwszy pilot Tu-154 podjął decyzję "odchodzimy" na trzy sekundy przed kontrolerem. Drugi pilot powtórzył ją po sekundzie - na 2 sekundy przed wieżą. Polscy eksperci zgodnie twierdzą, że piloci zareagowali na komendę - nie wiadomo jednak jeszcze, ile upłynęło sekund między komendą a reakcją.

Kontrolerzy pod dużą presją

"Rosyjscy kontrolerzy lotów znajdowali się pod dużą presją" - uznali eksperci polskiej komisji. Podkreślają oni jednak, że na konferencji pokazano nie wnioski z prac komisji lecz dokument, dowód, który ma mówić sam za siebie. Ich zdaniem, spostrzeżenia pojawiające się po przesłuchaniu tych nagrań, powinny zostać odzwierciedlone w raporcie MAK.


Jak przyznali występujący na konferencji specjaliści oraz szef MSWiA Jerzy Miller, nagrania nie są idealne. Zostały wykonane metodą "chałupniczą", jak określił to Miller, nie zaś w warunkach laboratoryjnych. Polska dwukrotnie zwracała się do Rosji o wykonanie kopii nagrań - z nośników będących de facto taśmami - w warunkach laboratoryjnych. Bez skutku.

Eksperci podkreślają też, że kontrolerzy nie mieli większego pojęcia o wysokości samolotu względem ziemi - a jedynie względem wyznaczonej ścieżki lądowania. Wciąż pozostawia to pytanie, dlaczego kontroler nie zareagował na odchylenie Tu-154 od ścieżki.

Jak podkreślają Polacy, zaprezentowane nagrania to jedynie wycinek "przedmiotu badań" - zapis z jednego kanału magnetofonu na wieży, podczas gdy sprzęt miał takich kanałów dziesięć (choć nie wszystkie były używane). Dostęp do nagrań uzyskano 17 kwietnia, a kopiowanie ich ze szpuloweg0o magnetofonu na laptopy trwało w dniach 17-20 kwietnia.

Jak podkreślił minister Miller, wtorkowa prezentacja nagrań to odpowiedź na konferencję MAK - mająca pokazać elementy zgłoszone już w polskich uwagach do raportu MAK, a nie uwzględnione przez MAK jako "nieistotne" dla przedmiotu badań. "Jesteśmy teraz otwarci na kontynuowanie wspólnej pracy" - zapowiedział minister Miller. Z tego wynikałoby, że Polska liczy, że Rosja - czy też MAK pod presją władz w Moskwie - wycofa "ostateczny" raport, uzna wagę polskich argumentów i podkreślanych przez polską komisję dowodów - i ponownie opublikuje raport.