– Otwarte granice zmuszają policjantów i prokuratorów z różnych krajów do ścisłej współpracy. Dziś już normą jest, że dowody zebrane w jednym kraju trafiają do śledztwa prowadzonego w innym i to na ich podstawie zapadają później wyroki – wyjaśnia dyrektor CLK Paweł Rybicki, który jednocześnie przewodzi europejskiemu stowarzyszeniu instytutów kryminalistycznych (ENFSI).

Obecnie każdy kraj stosuje własne, odmienne od pozostałych metody badań. Dzieje się tak nawet w przypadku najbardziej powszechnych dowodów, jakimi są badania odcisków palców. W efekcie, aby odcisk został uznany za dowód w prowadzonym w Polsce śledztwie, ekspert musi wskazać dwanaście konkretnych, świadczących o identyczności cech. Tymczasem jego kolega z Wielkiej Brytanii musi jedynie napisać, że uznaje odciski za takie same. 

Inne od polskich metody przeprowadzenia badania DNA próbowali wykorzystać obrońcy w głośnej sprawie Jakuba Tomczaka oskarżonego o brutalny gwałt w Wielkiej Brytanii. W tym przypadku nie odniosło to skutku, gdyż wyrok zapadł przed brytyjskim sądem. Jednak znacznie częściej dochodzi do sytuacji, w której dowody zebrane w jednym kraju są włączane do śledztwa prowadzonego w innym.

– Włączam te dowody do prowadzonych postępowań, kierując się ogólną zasadą zaufania do wymiaru sprawiedliwości unijnych państw. Ale gdybym był adwokatem, żadna z takich spraw nie zakończyłaby się skazaniem. Myślę, że nasi prawnicy nie mają świadomości tych różnic – mówi „DGP” jeden z doświadczonych polskich prokuratorów.


Według ekspertów dziś z punktu widzenia kryminalistyki nie ma różnicy, czy katastrofa prezydenckiego tupolewa zdarzyłaby się w Holandii, czy w Rosji. I tak badania DNA nie byłyby dla nas w pełni miarodajne, gdyż metody gromadzenia próbek i późniejszego ich badania są i tak inne od naszych.

– Podczas prezydencji zaczniemy budowę wspólnych standardów, ale osiągnięcie celu zajmie lata – realnie ocenia dyrektor Rybicki. Jeśli projekt się powiedzie, powstanie wolny i konkurencyjny rynek badań kryminalistycznych wart setki milionów euro rocznie – same badania dopalaczy pochłonęły kilkanaście milionów złotych.

– Nie będzie trzeba również rozwijać w każdym kraju wąskich specjalizacji. Wiadomo będzie, że np. Francuzi specjalizują się w badaniach paleologicznych i do nich będą kierowane próbki – przekonuje Rybicki.