Postępowanie toczy się ponownie przed Sądem Okręgowym w Warszawie od początku lipca. W maju - po 10 latach rozpraw - sprawa prowadzona przed stołecznym sądem musiała zostać przerwana z powodu śmierci ławnika. Ponowny proces jest już jednak prowadzony bez głównego oskarżonego, b. szefa MON gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Sprawa Jaruzelskiego, który leczy się onkologicznie, została wyłączona, a w ubiegłym tygodniu zawieszona z powodu złego stanu zdrowia generała.

Pierwotnie - gdy w 1995 r. do sądu w Gdańsku wpłynął akt oskarżenia - prokuratura obciążyła odpowiedzialnością za tragedię Grudnia'70 12 osób - poza Jaruzelskim także m.in. wiceszefa MON gen. Tadeusza Tuczapskiego i ówczesnego szefa MSW Kazimierza Świtałę. Ława oskarżonych stopniowo zmniejszała się z powodu śmierci lub problemów zdrowotnych odpowiadających w tej sprawie.

Obecnie na ławie oskarżonych zasiadają już tylko cztery osoby: ówczesny wicepremier Stanisław Kociołek oraz dowódcy wojska - Mirosław Wiekiera, Bolesław Fałdasz i Wiesław G. (nie chce ujawniania swych danych). Odpowiadają z wolnej stopy. Grozi im nawet dożywocie. Wiesław G. zgodził się na prowadzenie sprawy bez osobistego udziału - nie był obecny w sądzie podczas ostatnich rozpraw.

W środę sąd kontynuował wysłuchiwanie wyjaśnień i odczytywanie wcześniejszych zeznań oskarżonych. Wiekiera i Fałdasz nie przyznali się do winy. Zgodnie potwierdzili, że podczas wydarzeń grudniowych w Trójmieście nigdy nie wydawali żadnej komendy dotyczącej użycia broni. Na wcześniejszej rozprawie do winy nie przyznał się Kociołek - zaznaczał m.in., że jego telewizyjny apel do strajkujących robotników Trójmiasta o powrót do pracy nie miał związku przyczynowo-skutkowego z ich masakrą następnego ranka 17 grudnia pod stocznią w Gdyni.

Nie wiadomo, jak długo potrwa nowy proces. Nadal nie jest bowiem rozstrzygnięte, w jakim zakresie będą powtarzane czynności dowodowe przeprowadzone już podczas poprzedniego rozpoznawania sprawy przez sąd, np. przesłuchania świadków. Wciąż nie jest znane stanowisko prokuratury. Sędzia Wojciech Małek odczytał w środę pisemną odpowiedź gdańskiej prokuratury na pytanie sądu w tej sprawie. Wynikało z niej, że jedyny prokurator zajmujący się sprawa jest na urlopie, zaś nikt inny "nie zna sprawy w sposób pozwalający na wypowiedzenie się w tej kwestii".


"To odpowiedź kuriozalna" - ocenił sędzia Małek i ponowił swoje pytanie do prokuratury zaznaczając, że "powstrzymywanie się od odpowiedzi dezorganizuje czynności sądowe, uniemożliwiając ich racjonalne zaplanowanie".

Kolejny termin rozprawy wyznaczono na 9 września - sąd ma kontynuować wysłuchiwanie wyjaśnień Fałdasza. Kociołek uprzedzał wcześniej, że w związku z leczeniem szpitalnym we wrześniu nie będzie mógł brać udziału w rozprawach. W tym czasie - jak zapowiada sąd - mają być słuchani ewentualni świadkowie w wątkach niezwiązanych z zarzutami wobec b. wicepremiera. Sąd zaplanował już kilkanaście kolejnych terminów rozpraw do końca grudnia.

Sprawa została przeniesiona do Warszawy z Gdańska w 1999 r. Od 2001 r. w poprzednim procesie trwały żmudne przesłuchania świadków - głównie robotników Wybrzeża, żołnierzy i milicjantów. W akcie oskarżenia prokuratura wniosła bowiem o przesłuchanie ok. 1110 osób; sąd nie zgodził się na ograniczenie ich liczby, o co w toku procesu wniósł prokurator.

W grudniu 1970 r. rząd PRL ogłosił drastyczne podwyżki cen na artykuły spożywcze, co wywołało demonstracje na Wybrzeżu. Według oficjalnych danych, na ulicach Gdańska, Gdyni, Szczecina i Elbląga od strzałów milicji i wojska zginęły 44 osoby, a ponad 1160 zostało rannych. W PRL nikogo nie pociągnięto za to do odpowiedzialności.