Jak wynika z sondażu Homo Homini dla DGP, 34 proc. ankietowanych obawia się utraty pracy. Dwie trzecie wierzy, że ją zachowa. – Co trzeci pracownik czuje się zagrożony. To dużo – komentuje prof. Elżbieta Kryńska z Uniwersytetu Łódzkiego. Do tego analiza cząstkowych wyników pokazuje, że najbardziej utraty pracy obawiają się mieszkańcy wsi, małych miast i miasteczek, a w im większym mieście mieszkają pytani tym obawa o etat staje się mniejsza. Zwolnienia boi się 42 proc. mieszkańców miast do 50 tys. osób, ale już w przypadku dużych miast takie obawy ma 5 proc mniej. pytanych. – Podobna sytuacja była w 2009 r. Wówczas wzrost bezrobocia uderzył w mieszkańców mniejszych miejscowości – komentuje główny ekonomista Invest-Banku Wiktor Wojciechowski. I właśnie podczas tamtej odsłony kryzysu pierwsi do zwolnienia byli pracownicy dojeżdżający z mniejszych ośrodków, którzy mieli gospodarstwa rolne.

Dodatkowo ich obawy może potęgować to, że to właśnie w mniejszych miejscowościach trudniej o pracę po jej utracie. Sondaż pokazuje także, że bardziej utraty pracy obawiają się kobiety, bo w przypadku tej grupy odsetek ten wyniósł 37 proc., podczas gdy wśród mężczyzn o 8 proc. mniej To także efekt sytuacji na rynku pracy i lęku, że w przypadku pogorszenia sytuacji to one mogą być pierwsze do zwolnienia. Wyniki odpowiedzi na to pytanie bardzo silnie korespondują z następnym. Bo skoro istnieją silne obawy o utratę pracy, to nie ma mowy o wygórowanych oczekiwaniach płacowych. I jak wynika z sondażu Homo Homini, zaledwie 6 proc. z nas oczekuje, że wynagrodzenie wzrośnie, aż 18 proc. boi się jego spadku, a 70 proc. nie spodziewa się zmian.

Umiarkowane oczekiwania płacowe to paradoksalnie pozytywna informacja. – Takie osoby liczą, że kosztem przejściowych ograniczeń wzrostu płac zostanie uratowane zatrudnienie. To dobra wiadomość dla gospodarki, bo lepiej przetrzymać trudny okres w pracy nawet z obniżką pensji, niż trafić na bezrobocie – podkreśla Wiktor Wojciechowski. Profesor Elżbieta Mączyńska z SGH zwraca zaś uwagę, że tutaj oczekiwania pracowników są zbieżne z deklaracjami pracodawców, którzy w miarę możliwości chcą utrzymać poziom zatrudnienia. – Nie są skłonni do zwolnień, bo wiedzą, że koszt pozyskania nowego pracownika, po tym jak gospodarcze kłopoty miną, będzie wysoki, i taka wiedza dociera do pracowników – podkreśla ekonomistka. Tu także jak w poprzednich badaniach więksi optymiści mieszkają w dużych miastach, gdzie o pracę łatwiej i presja płacowa nie jest tak silna. Widać także, że mężczyźni są większymi optymistami, jeśli chodzi o pensje – 8 proc. z nich oczekuje, że ich wynagrodzenie wzrośnie, podczas gdy u kobiet to o połowę mniej, co zdaniem prof. Mączyńskiej świadczy o tym, że kobiety są bardziej skłonne do monitorowania zagrożeń. O ile nastroje dotyczące oczekiwań płacowych mogą mieć pozytywny efekt w momencie spowolnienia, to ogólne pesymistyczne oczekiwania dotyczące sytuacji gospodarczej Polski już nie. – Takie nastroje mogą się przełożyć na mniejszą skłonność do zakupów czy chęć migracji w celu zarobkowym – uważa prof. Elżbieta Kryńska. A to sytuacja inna niż kilka lat temu, gdy utrzymanie poziomu życia przez dużą część Polaków mimo spowolnienia, nawet kosztem kredytu czy spadku oszczędności było jednym z buforów chroniących całą gospodarkę.

Nastroje mogą odbić się na wzroście gospodarczym, i to jeden z powodów, dla których ekonomiści liczą się nawet z recesją w pierwszej połowie 2013 r., choć w całym roku prognozują wzrost na poziomie maksymalnie 0,5 proc. PKB. Trzeba jednak przyznać, że to jedna z bardziej pesymistycznych prognoz. Takie instytucje jak MFW i KE prognozują dla Polski PKB na plusie – 2 proc.