Mowa o środkach ze zbiórki na ratowanie Stoczni Gdańskiej, którą prowadziło stowarzyszenie Solidarni ze Stocznią Gdańską. Uzbierało się tego 5,3 mln zł.

Wiadomo m.in., że z tego 2 mln przekazano na remont sali BHP w Gdańsku, w której w 1980 roku podpisano Porozumienia Sierpniowe, a np. 0,5 mln zł na zapomogi dla zwolnionych stoczniowców.

Ale najwięcej pieniędzy - 4,7 mln zł - trafiło do "Solidarności" stoczni, w tym m.in. na zapomogi, pożyczki i chwilówki (umarzane), zasiłki chorobowe i ślubne, paczki na święta.

Ba, okazało się, że z tych środków kupowano także kwiaty na pogrzeb pracownika, wysyłano pracowników na krajowe manifestacje czy np. pikiety pod domem premiera.

Ale z cegiełek na stocznię organizowano także np. kursy języka angielskiego. Prowadziła je żona wiceprzewodniczącego - za 1440 do 1920 zł miesięcznie. Zapomogę dostawał nawet prałat Henryk Jankowski - około 1 tys. zł.

Marian Krzaklewski jest zdania, że środki rozdysponowano zgodnie z wolą darczyńców, bo - jak przekonuje - można je wydać np. na ratowanie stoczni lub pomoc pracownikom. Zaprzecza, że finansował także zakładową "S".

- Procedura przekazywania pieniędzy była badana przez kontrolę skarbową w roku 2000 i nie wykazano żadnych nieprawidłowości. "S" była tylko pośrednikiem, który pomagał, aby pieniądze trafiały do pracowników. Etaty związkowe nie były opłacane z naszych pieniędzy. Nasz skarbnik i księgowa sprawdzali wszystkie wydatki - mówi "Gazecie Wyborczej".

Wiceprzewodniczący związku Karol Guzikiewicz wskazuje z kolei: - W większości pomagamy członkom związku, ale pieniądze dostawali też inni i nie ukrywam, że dawałem je po to, aby przybliżyć ich do "Solidarności".

W Stoczni Gdańsk pracuje 1,9 tys. osób, zakładowa "S" liczy ponad 1,5 tys. członków.