Do incydentu doszło, kiedy Lech Wałęsa wracał do Polski po brytyjskiej premierze filmu "Wałęsa. Człowiek z nadziei".

- Zostałem kłamliwie i prowokacyjnie wystawiony przez ambasadę Polską w Londynie i sponiewierany przez odprawę na lotnisku -  donosił bezpośrednio po tych wydarzeniach.

Wiadomo, że pracownicy lotniska skontrolowali mu walizkę, bo mieli w niej zleźć...  cztery butelki szampana. Do samolotu nie można tymczasem wnosić płynów w opakowaniach o pojemności większej niż 100 mililitrów.

- Moja reakcja po zdarzeniu na lotnisku w Londynie spowodowana była wprowadzeniem w błąd, a nie samym faktem drobiazgowej kontroli. Wielokrotnie takim procedurom na świecie się poddawałem, wiedząc wcześniej o nich - pisze teraz Lech Wałęsa.

Jak przyznaje spodziewał się, że jako były prezydent znajdzie się w kluczu osób, którym - według przepisów brytyjskich - przysługuje zwolnienie z kontroli granicznej przy wylocie. Wcześniej miał też dostać zapewnienie od polskiej ambasady, że kontroli nie będzie musiał przechodzić. Okazało się jednak, że strona brytyjska wniosek odrzuciła, ale o tym samego zainteresowanego już nie poinformowano.

- W tym przypadku nie mogłem przewidzieć sytuacji i problemów związanych z pozostawieniem w bagażu podręcznym konkretnych produktów, niedopuszczanych w takich sytuacjach. To moja prywatna sprawa, co przewożę. Nie mam zamiaru dyskutować i tłumaczyć z ich zawartości, bo to drugorzędna sprawa. Otrzymałem zapewnienie od lotniska, że wstrzymane produkty zostaną mi odesłane. Sprawę uważam za zamkniętą -  podkreśla.

Na tym jednak były prezydent nie kończy. Sugeruje, że być może dziennikarzom brakuje tematów, skoro zajmują się z pasją zawartością walizki na lotnisku w Londynie.  - Wyjaśniam, może sprawę zrozumieją - kwituje.