Wydawałoby się, że ubóstwo to powód do wsparcia rodziny, a nie przekazania jej najmłodszych członków do domu dziecka. Bywa jednak tak, że dla sądu bieda może stać się argumentem do wydania takiej właśnie decyzji. Od emocjonalnej więzi z rodzicami ważniejsze jest, by dziecko było najedzone, porządnie ubrane i miało miejsce do nauki. I choć od ponad roku asystenci pomagać mają potrzebującym rodzinom i ochronić je przed tak drastycznymi rozwiązaniami, nadal zdarzają się historie, w których brak środków do życia równa się utracie dzieci. Najgorsze jest to, że kiedy ruszy machina systemu, wyrwanie się z jej trybów graniczy z cudem. I nawet jeżeli posłanie dzieci do domu dziecka lub rodziny zastępczej ma stać się dla rodziców motywacją do zmiany na lepsze, odzyskanie potomstwa bywa bardzo trudne. Szczególnie dla osób, które nie radzą sobie nie tylko z rolą rodzica, lecz także z samym sobą.

771 dzieci

Z prawnego punktu widzenia powodem do przekazania dziecka do pieczy zastępczej jest „zagrożenie jego dobra”. Sęk w tym, że interpretacja takiego sformułowania jest bardzo szeroka. Przykładem tego są takie historie jak ta Grażyny Chmiel, której odebrano dzieci, kiedy po dwudziestu kilku latach doświadczania przemocy ze strony męża zdecydowała się złożyć na niego doniesienie do prokuratury. Odeszła od męża, lecz by dzieci mogły do niej wrócić, musiała postarać się o nowe lokum. Z kolei Danuta Nawara nie może odzyskać synów, bo ma za małe mieszkanie. Jolanta i Dariusz stracili syna z powodu fatalnych warunków bytowych. Zaś małżeństwu Prymów zabrali dzieci, bo byli niezaradni życiowo. W każdej z tych sytuacji powodem były bieda, brak pracy czy mieszkania.

Z oficjalnych danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej wynika zaś, że 771 dzieci w zeszłym roku przebywało w pieczy zastępczej z powodu biedy i niezaradności życiowej ich rodziców. I mimo że chodzi zaledwie o ok. 2,5 proc. dzieci przebywających w pieczy, to zdaniem Marka Szambelana z Fundacji Razem Lepiej to o 2,5 proc. za dużo.

Ideologia

W grę wchodzi również wyraźny podział ideologiczny: zwolenników tezy, że lepiej dziecko odebrać, niż narażać je na przebywanie w złej rodzinie, jest pewnie tyle samo, co tych, którzy uważają, że więź rodzicielska jest ważniejsza niż warunki życia. Jednak jeśli pojawia się problem biedy, wszyscy eksperci - od prawników po pracowników socjalnych - są zgodni: zła sytuacja materialna nie powinna być podstawą do odebrania dziecka.

Niektórzy z nich podkreślają, że bieda bywa efektem ogólnej niezaradności, która również przekłada się na to, że rodzina jest w rozkładzie, a dzieci bywają tak zaniedbane, że to może grozić ich rozwojowi. Innego zdania jest Marek Szambelan z Fundacji Razem Lepiej. - Państwo odbiera dzieci zbyt pochopnie. Zamiast pomóc rodzinie, wesprzeć od strony materialnej i psychicznej, łatwiej jest mu oddać dzieci do placówki opiekuńczej - mówi Szambelan. I dodaje, że brak pracy i mieszkania automatycznie może się stać powodem takiego działania ze strony kuratora czy opieki społecznej. Podobnie uważa Elżbieta Wisz ze Stowarzyszenia Nowy Horyzont. - Bywa, że pracownicy socjalni wolą skierować wniosek o odebranie dzieci, bo są po prostu bezradni. Nie mają odpowiednich kompetencji, by pomóc, a takie rozwiązanie wydaje się im bezpieczne - mówi Wisz.

Samo Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej wskazuje, że wprowadza kolejne rozwiązania, które mają do tego nie dopuszczać - jak właśnie asystenci rodzin. Problem polega na tym, że nadal jest ich za mało, a wielu nie ma odpowiedniego przygotowania.

A to, że system nie zawsze działa należycie, pokazują poniższe historie.

Grażyna

Pierwszy raz mąż podniósł na nią rękę, kiedy miała 18 lat. To było dwa lata po ślubie. Nie przyszło jej jednak do głowy, że mogłaby się rozwieść. Urodziła dziewięcioro dzieci, zajmowała się domem i znosiła awantury. Założono jej - jak twierdzi - w sumie sześć niebieskich kart. W końcu, po namowie przyznanego rodzinie kuratora oraz pracowników socjalnych, postanowiła złożyć zawiadomienie do prokuratury o nękaniu jej przez męża. Kilka tygodni później, 11 grudnia 2012 r., w samo południe, przyszło zawiadomienie z sądu, że odbierają jej piątkę dzieci (pozostałe są już pełnoletnie). Sprawa potoczyła się bardzo szybko - dwie godziny po nadejściu listu odwieziono je do domu dziecka w Łukowie (woj. lubelskie), czyli ponad 20 km od Starej Gąski, gdzie do tej pory mieszkali. Najstarszy niepełnoletni syn, 17-latek, trafił do młodzieżowego ośrodka wychowawczego w innej miejscowości.

Tego samego dnia Grażyna wyjechała z domu. Chciała być jak najbliżej dzieci. Miała szczęście w nieszczęściu, bo przyjęła ją dalsza rodzina, która mieszka w Łukowie. By zobaczyć maluchy, do ośrodka przychodziła prawie codziennie rano i zostawała do kolacji o 19. Potem na prośbę prowadzących ośrodek wychodziła trochę wcześniej. - Ale kiedy zbierałam się do wyjścia, mała aż siniała z płaczu. To było potworne - mówi matka.

Starania o odzyskanie dzieci nie przynosiły jednak skutku. - Powiedzieli mi, że najpierw muszę znaleźć lokum i dostać pracę, by móc utrzymać rodzinę - mówi Grażyna. Jak opowiada, obeszła kilkadziesiąt różnych miejsc w poszukiwaniu pracy, ale bezskutecznie. Na znalezienie mieszkania nie było najmniejszych szans. Wójt również odmówił przyznania jej lokum.

I choć dyrektor domu dziecka, pedagodzy szkolni oraz pracownicy socjalni zgodnie przyznają, że więź emocjonalna między matką a dziećmi była i jest bardzo silna, nie widzieli możliwości, by mogły z nią być. Rodzina nie miała gdzie się podziać.

Jakkolwiek pracownicy socjalni obecnie bardzo chwalą Grażynę Chmiel, uważają, że wstrząs był potrzebny, bo zmotywował matkę do działania. - Zdobyła kwalifikacje, bo przeszła kurs zawodowy do pracy przy kasie, miała porady psychologiczne i przez ten rok bardzo się zmieniła pod kątem mentalnym. Na dobre - mówi Anna Ostrysz, kierowniczka Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Staninie. I opowiada, że matka przez wiele lat była namawiana przez kuratora i przez pracowników socjalnych oraz asystenta rodziny, który został jej przyznany w poprzednim roku, do skierowania sprawy o znęcanie się do prokuratury. Po to, by chronić nie tylko siebie, lecz także dzieci. - Doskonale zdaję sobie sprawę, że była związana z mężem i nie miała siły, by zeznawać przeciwko komuś, z kim żyła przez tyle lat. Tak jest w większości rodzin, w których ofiara jest uzależniona od sprawcy. Nasz zespół interdyscyplinarny chciał nawet to zrobić w jej imieniu, ale nie można wszcząć postępowania bez zeznań ofiary - mówi Ostrysz. Jej zdaniem zabranie dzieci matce nie było błędem - zawiadomienie złożył kurator, który uważał, że warunki są nieodpowiednie i zagrażają ich zdrowiu - zarówno psychicznemu, jak i fizycznemu. Ostrysz uważa, że bez tak radykalnego kroku sytuacja by się nie zmieniła. Teraz zaś jest duża szansa na pozytywny obrót sprawy. A to dlatego, że kilka tygodni temu znalazło się lokum - wójt zdecydował się jednak przyznać rodzinie mieszkanie, a niedawno pani Grażynie udało się znaleźć pracę. - Będę sprzątać na hali. I cieszę się, bo żadna praca nie hańbi. I mam nadzieję, że się uda. Oby tylko dzieci wróciły do domu - mówi Chmiel.

Problem polega na tym, że te są w ośrodku już rok. I jeszcze jedna, tak naprawdę kluczowa kwestia - pracy i mieszkania dla tej rodziny prawdopodobnie by nie było, gdyby nie monitoring sprawy przez Fundację Razem Lepiej, która zawiadomiła media. - A gdyby nie ich interwencja, bardzo wątpię, że znalazłoby się lokum - uważa Marek Szambelan. Wtedy Grażyna Chmiel miałaby nikłe szanse na odzyskanie dzieci.

Ostrysz przyznaje, że system nie do końca działa tak, jak powinien. Bo rzeczywiście być może nie byłoby całej afery, gdyby sąd zdecydował się odizolować sprawcę. Tymczasem pomimo że został on skazany, ani nie pozbawiono go wolności, ani nie dostał nakazu opuszczenia mieszkania. W efekcie odizolowano ofiary, czyli dzieci, powodując rozłąkę z matką. Gdyby sąd nakazał ojcu opuszczenie domu, nie byłoby też problemu z mieszkaniem. - Ale u nas w gminie nie mieliśmy jeszcze takiego przypadku, nawet kiedy weszły w życie nowe przepisy, by sprawca został trwale usunięty z mieszkania. Zdarza się, że jeżeli ktoś jest bardzo pijany, bywa odwożony na izbę wytrzeźwień, ale i tak następnego dnia wraca z powrotem do domu - mówi kierowniczka GOPS.

Danuta

Sytuacja Danuty Nawary spod Krakowa była bardzo podobna do tej Grażyny. Całe życie zajmowała się tylko domem, znosząc agresywne zachowanie męża. Ale wyjście z roli ofiary okazało się dla niej zbyt trudne. Ma małe szanse na odzyskanie dwojga małych dzieci i boi się, że straci najmłodsze.

Kiedy jeszcze żyła z mężem, kurator złożył wniosek do sądu o odebranie dzieci, a ona się zgodziła, myśląc, że może tak będzie dla nich bezpieczniej. Sądziła, że potem je odzyska. Trzy dni później sama również uciekła od męża. Była w ósmym miesiącu ciąży i trafiła do domu samotnej matki. Potem tułała się po różnych ośrodkach. Nie miała odpowiednich warunków mieszkaniowych, więc zabrano jej i Rafałka, którego urodziła już po ucieczce z domu. Syn wrócił do niej, kiedy udało się jej znaleźć schronienie w Domu Pomocy Rodzinie w Konarach (woj. małopolskie). Cały czas pisała pisma do sądu w Suchej, by odzyskać resztę dzieci. Na jednej z rozpraw sędzia pytał ją, co zrobi, kiedy skończy się meldunek. - Dopytywał się, czy pójdę z dziećmi pod most - opowiada Danuta. Wtedy akurat już mieszkała u kobiety, która bezinteresownie dała jej bezpłatnie schronienie na dwa lata.

Po wielu pismach i prośbach udało się jej otrzymać mieszkanie socjalne od gminy. Jest w nim od miesiąca. Ale nie ma już siły prosić sądu o odzyskanie dzieci. - Znowu usłyszę, że metraż nie taki, że nie mam pracy, że nie będę mogła ich utrzymać - mówi Danuta. I rzeczywiście, mieszkanie ma ok. 12 metrów i może być trudno pomieścić kilkuosobową rodzinę, tym bardziej że dzieci chodzą do szkoły, potrzebują miejsca do nauki. Pracy, choć jak twierdzi Danuta, próbuje jej szukać, po prostu nie ma. Do starszych synów jeździ kilka razy w miesiącu. Dzieci ostatecznie (były w różnych miejscach) znalazły się w rodzinnym domu dziecka prowadzonym przez księży.

Najgorsze jest dla niej to, że dostała znowu wezwanie od sądu - chcą jej ponownie odebrać najmłodsze dziecko. A jej się wydaje, że również księża, u których w rodzinnym domu dziecka jest reszta dzieci, czekają na Rafałka. - Mają osiem miejsc, a jest tam obecnie siedmioro dzieci. Akurat brakuje im jednego dziecka - uważa pani Danuta.

Wniosek o pieczę zastępczą nad dzieckiem złożyli pracownicy pomocy społecznej. - Nikt jej nie chciał odbierać syna. To nie była łatwa decyzja, ale tak w końcu postanowiliśmy w konsultacji z panią kurator. I nie chodzi ani o brak mieszkania, ani biedę. Napływały do nas sygnały, że pani Danuta nie umie się dzieckiem zajmować - mówi jeden z pracowników socjalnych, który zajmował się jej sprawą. Opowiada, że matka wychodziła z domu, zostawiając dziecko samo zamknięte w pokoju. Albo włóczyła się godzinami z synem po mrozie, albo podczas najgorszych upałów. - Docierały do nas informacje, że krzyczała na dziecko - tłumaczy pracownica socjalna. Na sugestię, że to może sygnały depresji, nieradzenia sobie z samą sobą po traumatycznych przejściach, pracownik tłumaczy, że pani Danuta miała i szkolenia z ośrodka z unijnych pieniędzy, i pomoc psychologa interwencji kryzysowej. - Skierowanie wniosku do sądu to nie była decyzja nieprzemyślana - dodaje.

Dzieci są bez niej cztery lata. Ludwik miał trzy latka, teraz jest w zerówce, Józik w piątej klasie. - Kiedy przychodzę, ten młodszy mówi: „Kocham cię, mamo”. Drugi siedzi i gra na komórce - opowiada. Ma jeszcze dwójkę starszych dzieci - nastoletnią córkę i syna - ale ci nie chcą z nią rozmawiać. Mają żal, że zgodziła się na oddanie ich do domu dziecka. Wolą się kontaktować z ojcem.

Agnieszka i Tomasz

Rodzinie Prymów spod Rzeszowa dzieci zabrano blisko półtora roku temu. Głównym powodem było to, że rodzina nie umiała zapewnić odpowiednich warunków socjalnych. Mieszkali z czwórką dzieci (najmłodsze miało wtedy trzy lata) i innymi krewnymi w dwu pokojach. Rodzice rzeczywiście byli niezaradni - jak opowiada Elżbieta Wisz ze stowarzyszenia Nowy Horyzont - ale bardzo mocno związani z dziećmi. W rodzinie nie było przemocy ani uzależnień. Ale zdarzało się, że dzieci nie były zadbane, szwankowała higiena, brakowało miejsca do nauki, bywało, że chodziły głodne. Jednak kiedy Prymowie stracili dzieci, natychmiast rozpoczęli o nie walkę. Brali je do domu z ośrodka w każdym możliwym momencie - na ferie, w święta, w weekendy. Próbowali odzyskać na różne sposoby.

Po długiej batalii w grudniu sąd wydał decyzję, że dzieci mogą wrócić do domu. Rodzicom udało się zmienić mieszkanie - dostali większy lokal socjalny. Matka wzięła udział w kursie zawodowym i szuka obecnie pracy, przydzielony asystent rodziny zaś pomógł w życiowym ogarnięciu się. - Moim zdaniem dzieci nie wróciłyby do domu, gdyby nie nagłośnienie sprawy. Ta rodzina byłaby stracona. Instytucje musiały się tłumaczyć ze swoich decyzji i publicznie je uzasadniać - uważa Elżbieta Wisz. Jak tłumaczy, działając w pojedynkę, obywatele nie mają najmniejszych szans skutecznie poskarżyć się na przepisy i instytucje.

Asystent

Czy na pewno potrzeba było aż takich środków, jak rozłączanie dzieci z rodzicami, u których jest silna więź emocjonalna, żeby doprowadzić do przemiany w rodzinie - zastanawia się prezes stowarzyszenia. Jej zdaniem szwankuje raczej system, w którym nawet jeżeli rozwiązania prawne są coraz lepsze, nadal brakuje kompetentnych osób do ich realizacji. - Aby coś skutecznie zdziałać, w takim momencie rodzinie trzeba naprawdę sprawnej i wyspecjalizowanej pomocy. Często pomoc socjalna i działanie asystenta sprowadza się do tego, że ktoś przychodzi i sprawdza, co się dzieje w rodzinie, napomina. Ale to nie wystarcza, tym bardziej że asystenci mają zająć się bardzo wieloma rodzinami - mówi Wisz.

Eksperci zwracają jednak uwagę, że także wyliczenia ekonomiczne przeważają za zostawianiem dziecka w rodzinie. Koszty utrzymania w domu dziecka to ok. 4-5 tys. zł na głowę miesięcznie. Tymczasem pensja asystenta rodzinnego - jak mówi Anna Ostrysz - to w GOPS w Staninach 2,5 tys. zł brutto. A ten ma pod opieką 10 rodzin.

Kierowniczka GOPS przyznaje, że praca asystenta jest bardzo trudna i trzeba mieć niebywałe umiejętności, żeby sobie poradzić z rodziną, która jest często trudna we współpracy. Asystent ma pełnić funkcję coacha, tyle że dla osoby, która nie do końca ma ochotę z nim współpracować. Formalnie asystent musi mieć co najmniej roczny staż pracy i roczne przeszkolenie psychologiczne. - To jednak często nie wystarczy. Taki zawód wymaga, moim zdaniem, przynajmniej 10-letniego doświadczenia zawodowego, a także sporego doświadczenia życiowego - mówi Ostrysz. I dodaje, że wykształcenie to jedno, ale jeszcze liczy się osobowość. - Taka osoba musi z jednej strony lubić ludzi i być empatyczna, a z drugiej strony konsekwentna i asertywna - dodaje. Praca jest często frustrująca, bywa, że miesiącami nie przynosi efektów. Rodzinom bowiem nie zależy na zmianach, nie mają do nich motywacji.

Tymczasem zadaniem asystenta jest rodzinę nauczyć działać w miarę normalnie. Na przykład Grażynie Chmiel asystent pomagał pisać CV i uczył ją przygotowywać posiłki dla chorego na celiakię (jedno z dzieci nie przyswaja glutenu). Państwu Prymów zaś pomógł znaleźć nowe mieszkanie.

Justyna Podlewska, prawnik z Fundacji Dzieci Niczyje, choć chwali ostatnie zmiany prawne dotyczące wspierania rodziny i systemu pieczy zastępczej, uważa, że asystent nie powinien być kierowany do rodziny, w której są alkohol i przemoc, bo tam się może sprawdzić jedynie zespół specjalistów m.in. od uzależnień oraz przeciwdziałania przemocy w rodzinie. Jednak jako działanie profilaktyczne do rodzin przeżywających trudności w wypełnianiu funkcji opiekuńczo-wychowawczych, nieporadnych życiowo, gdzie jednym z problemów jest bieda – pomoc asystenta jest dobrym rozwiązaniem.

Bezpieczeństwo

Choć jednak zdarzają się sytuacje, w których brakuje odpowiedniej pomocy, a system zawodzi, wiele jest przypadków, w których urzędnicy zareagowali zbyt późno. Zdaniem Podlewskiej, analizując orzeczenia sądów rodzinnych, trudno się dopatrzeć pochopnych decyzji o odbieraniu dzieci. Tendencja raczej jest inna - ustanowienie pieczy zastępczej jest traktowane jako zupełna ostateczność i pokutuje myślenie, że „dziecku nawet w najgorszej rodzinie jest lepiej niż w placówce opiekuńczo-wychowawczej”. Dlatego daje się szanse w nieskończoność, zwracając przede wszystkim uwagę na to, czy rodzic kocha. - Rzadko wymagany jest od rodziców realny plan zmiany - mówi Podlewska.

Potwierdza to Maria Keller-Hamela z Fundacji Dzieci Niczyje. Przyznaje, że choć decyzja o odebraniu dziecka zawsze jest bardzo trudna, to jednak raczej zdarzało jej się spotykać sytuacje, w których dzieci zabrano za późno, a nie za wcześnie. - Najważniejsze jest bezpieczeństwo dziecka, a zaniedbanie może świadczyć o jego zagrożeniu - mówi Maria Keller-Hamela. I dodaje, że przecież można tymczasowo przekazać opiekę nad dzieckiem rodzinie zastępczej. Wtedy jest czas na pracę z rodzicami biologicznymi, a dzieci są w tym czasie zabezpieczone. Przypomina też, że dokonywane są kolejne zmiany prawne, ale ciągle brakuje służb ochrony dzieci.

Przed zarzutami o zabieranie biednym dzieci broni się też rząd. I tak na przykład Ministerstwo Sprawiedliwości wskazuje, że liczba dzieci, które trafiają do pieczy zastępczej, nie jest duża i utrzymuje się tendencja spadkowa. W 2011 r. było ich ponad 20 tys., zaś w 2012 r. - 19,1 tys. A o 4,7 proc. zmniejszyła się liczba dzieci kierowanych do instytucjonalnych form opieki. W sumie w pieczy zastępczej, obecnie przebywa 80 tys. dzieci, powody zaś dla których tam trafiły to najczęściej uzależnienia rodziców - chodzi o blisko 40 proc. przypadków, ale na drugim miejscu jest bezradność w sprawach opiekuńczo-wychowawczych: 25,1 proc. Z powodu ubóstwa do pieczy zastępczej trafiło 1 proc. dzieci, 0,9 proc. z powodu nieodpowiednich warunków mieszkaniowych, zaś 0,46 proc. - bezrobocia rodziców. Z kolei rzecznik praw dziecka podkreśla, że „nieuzasadnione wyjęcie dziecka ze środowiska rodzinnego jest zjawiskiem rzadkim”. Na potwierdzenie tej tezy resort sprawiedliwości informuje, że odebranie dzieci tylko z powodu biedy dotyczyło zaledwie ośmiu rodzin w 2012 r. Ale jakby powiedział Marek Szambelan z Fundacji Razem Lepiej - o te osiem za dużo.