Premier Donald Tusk pewnie chciał dobrze. Miał zamiar wspierać kobiety i swoim przykładem pokazać, że należy im się silna pozycja na rynku pracy. Kiedy więc zarządził, że choć tak w Wigilię, jak i w sylwestra odbędą się posiedzenia Rady Ministrów, to z obowiązku stawienia się na nie zwolnił kobiety sprawujące urząd ministra. Bo przecież wiadomo: zapewne to one odpowiadają w domach za przygotowanie świąt, a i same muszą wyszykować się na wieczorne spotkania. Gest miał być szarmancki i profeministyczny. Ale odczytano go zgoła inaczej: Tusk faworyzuje kobiety, czyli tym samym dyskryminuje mężczyzn – obśmiali go polityczni komentatorzy.

Takie podejście jeszcze niedawno nazwano by pozytywną dyskryminacją, czyli działaniami może i niezgodnymi z zasadą równości płci, ale koniecznymi, by wyrównać szanse płci będącej w gorszej sytuacji (czytaj: kobiet). Dziś jednak coraz częściej mówi się po prostu o nierównym traktowaniu mężczyzn i o tym, że najwyższa pora, by także tym problemem się zająć.

Jakkolwiek przewrotnie by to brzmiało, wystarczy zerknąć na statystyki, by znaleźć dowody na to, że uprzywilejowana pozycja panów wcale nie jest taka oczywista. Od 2006 r. już we wszystkich państwach to kobiety żyją przeciętnie dłużej niż mężczyźni, w krajach mniej rozwiniętych ta różnica wynosi po 6–7 lat, a w Polsce niemalże 9 lat. Niecałe sto lat temu ten wskaźnik był zerowy.

Na typowo kobiece choroby przeznacza się w krajach Zachodu o wiele większe środki publiczne niż na zwalczanie schorzeń będących męską domeną. W Stanach Zjednoczonych ta różnica wynosi sto procent, w Polsce na leczenie męskich chorób przeznacza się sześciokrotnie mniej pieniędzy niż na leczenie chorób kobiecych, mimo że umiera na nie podobna liczba osób. Będąc mężczyzną, ma się też niestety większą szansę na tragiczną śmierć, to oni padają częściej ofiarą pospolitych morderstw i blisko pięciokrotnie częściej popełniają samobójstwa.

Dziesięciolecia walki o prawa kobiet zaowocowały także odwróceniem dotychczas działających na ich niekorzyść trendów ekonomicznych. Obecnie w Polsce tylko ok 40 proc. studentów stanowią mężczyźni, a bezrobotnych kobiet i mężczyzn jest już niemal dokładnie po równo.

Choć kobiety nadal się skarżą, że są wynagradzane gorzej niż mężczyźni. I rzeczywiście, jak wynika choćby z najnowszej Diagnozy Społecznej, przeciętny dochód deklarowany przez Polkę jest o jedną czwartą niższy od dochodu Polaka.

Za to mężczyźni pracują ciężej, częściej biorą nadgodziny, wykonują zajęcia w szkodliwych warunkach i to oni w ponad 90 proc. przypadków padają ofiarami wypadków w pracy. Jak się okazuje – o czym pisaliśmy kilka dni temu – częściej niż kobiety skarżą się przed sądami na pracodawców za dyskryminację w miejscu pracy. Głównie za blokowanie im możliwości brania urlopów rodzicielskich i na opiekę nad dzieckiem podczas jego choroby.

A na koniec przechodzą później na emeryturę. Właściwie tylko w Niemczech spośród krajów Zachodu wiek emerytalny dla kobiet i mężczyzn jest ten sam. Los nie do pozazdroszczenia. – Nie przesadzałabym. Przecież wciąż kobiety padają częściej ofiarą przemocy domowej, są gorzej opłacane, mają utrudnione ścieżki awansu, jest ich o wiele mniej wśród rządzących polityką i biznesem – mówi filozofka i pierwsza pełnomocnik rządu do spraw równego statusu kobiet i mężczyzn prof. Magdalena Środa. Zapytana o dyskryminację mężczyzn kwituje jednoznacznie: – Sztuczny problem wymyślony po to, by przykryć rzeczywiste sprawy podnoszone przez feministki.

Szklana piwnica śmieciarzy

A jednak ten „sztuczny problem” jest coraz poważniej traktowany w zachodnich społeczeństwach. Bo choć sam maskulizm, czyli ideologia wspierająca mężczyzn jako przeciwwaga dla feminizmu, istnieje od przeszło wieku, to dopiero w ostatnich kilkunastu latach zaczęto z niego zdejmować łatkę męskiego szowinizmu. Pojawia się coraz więcej publikacji traktujących o dyskryminacji mężczyzn. Płynie z nich jeden wniosek: to brzydsza płeć jest częściej wykluczana i dyskryminowana. Jedne argumenty są poważniejsze, inne ewidentnie uderzają w populistyczne tony. Do tej drugiej kategorii należą niewątpliwie żale, że podając komunikaty prasowe o jakiejś tragedii, wyszczególnia się w nich, jaki odsetek wśród ofiar to dzieci i kobiety, ale już nie wymienia się mężczyzn.

To nie jest wcale wydumany problem. Jeżeli chcemy mieć równość płci, ta zasada musi działać w obie strony – ripostuje amerykański socjolog i politolog dr Warren Farrell. To on jest najsłynniejszym maskulistą i bohaterem ruchu walczącego o prawa mężczyzn. Swego czasu był znanym działaczem ruchu feministycznego, który porzucił na rzecz walki o prawa własnej płci. W swojej klasycznej już książce „Mit o męskiej potędze, czyli dlaczego to mężczyźni są płcią jednorazową” („The Myth of Male Power: Why Men Are the Disposable Sex”) ukuł termin „szklana piwnica” jako przeciwieństwo „szklanego sufitu”, z jakim stykają się kobiety, które nie mają co liczyć na awans, bo blokują go mężczyźni.

Sformułowanie „szklana piwnica” odnosi się do sytuacji, gdy pracownik nie ma co marzyć nie tylko o awansie, lecz także w ogóle o poprawie swojej sytuacji, bo praca, którą wykonuje, jest tak nisko płatna i o tak niskim prestiżu społecznym, że zamyka mu to szansę na wejście wyżej po drabinie społecznej i staje się źródłem coraz silniejszych frustracji. Dla przykładu to wykonywanie niebezpiecznych, słabo płatnych, mało popularnych i najniżej notowanych zawodów – śmieciarzy, pracowników oczyszczalni ścieków, deratyzatorów, kierowców ciężarówek. Według Farrella to problem dotyczący głównie mężczyzn, bo jak wyliczył, na 25 najniżej notowanych w Stanach Zjednoczonych zawodów aż w 24 z nich od 80 do nawet 100 proc. pracowników to właśnie mężczyźni. – Rosnące uprzywilejowanie kobiet to proces zachodzący niemal we wszystkich zamożnych społeczeństwach. To mężczyźni muszą pracować coraz więcej, podczas gdy kobiety tylko wtedy, gdy mają na to ochotę. Efekt jest taki, że coraz więcej kobiet tworzy swoistą nową klasę próżniaczą. Najwyższy czas przywrócić równowagę w społeczeństwie, bo stracą na tym i kobiety, i mężczyźni – twierdzi Farrell.

Pierwsza płeć zaatakowana

I wcale nie jest w tym odosobniony. Ten nowy ruch emancypacyjny ma coraz silniejsze zaplecze teoretyczne. Według Davida Benatara, szefa wydziału filozofii na Uniwersytecie w Kapsztadzie i autora książki „Drugi seksizm” („The Second Sexism”), problem tkwi w tym, że współczesne społeczeństwo uważa życie mężczyzn za mniej warte od życia kobiet, a dyskryminacja mężczyzn to niedostrzegana postać seksizmu. Jego zdaniem to, że w krajach rozwiniętych gospodarka i polityka są domeną mężczyzn, o niczym tak naprawdę nie przesądza. Bo ta nowa dyskryminacja dotyczy głównie najbiedniejszych: więźniów, bezrobotnych i niewykwalifikowanych pracowników fizycznych. Kiedy dwa lata temu ukazała się książka Benatara, wywołała spore poruszenie i oburzenie. Ewidentnie odwołująca się do klasycznej feministycznej rozprawy „Druga płeć” („The Second Sex”) napisanej przez Simone de Beauvoir ściągnęła na siebie ostrze krytyki. Autorowi zarzucano, że mężczyźni po prostu zazdroszczą kobietom, które potrafiły wywalczyć sobie lepszą pozycję; że sami ustawiają się w roli ofiar, zamiast ciężkimi staraniami dochodzić do sukcesów. Benatar broni jednak swojego punktu widzenia i tłumaczy, że niestety za teorią o nowym seksizmie przemawiają po prostu liczby i badania. I to mężczyźni oraz chłopcy są dziś narażeni na o wiele większą skalę przemocy.

Jeszcze ostrzej wypowiada się na ten temat Martin van Creveld, izraelski historyk specjalizujący się w teorii wojny, który po badaniach nad konfliktami zbrojnymi ostatnich dziesięcioleci niespodziewanie dekadę temu opublikował książkę „Płeć uprzywilejowana” („The Privileged Sex”). Przy czym za uprzywilejowane uznał oczywiście kobiety, a do tego wniosku doszedł, badając straty w ludziach ponoszone podczas konfliktów wojennych. Jak wylicza, nawet 90 proc. ofiar to właśnie mężczyźni.

Jest oczywiste, że obecnie mężczyznom żyje się ciężej niż kobietom, tylko nie wolno im się skarżyć, jak to czynią kobiety. Czym bowiem jest feminizm, jak nie jednym wielkim lamentem nad rzekomo strasznym losem kobiet? – pisze Craveld.

Feministki na odsiecz

Mężczyźni, jak się jednak okazuje, szybko uczą się lamentować tak jak i kobiety. Wydawać by się mogło, że to „szczucie cycem”, czyli epatowanie kobiecą seksualnością i przedstawianie kobiet przedmiotowo w reklamach, jest poważnym problemem. Nic podobnego. A przynajmniej w oczach maskulistów, którzy oburzają się, że to mężczyźni są prezentowani jako obiekty seksualne lub jako nieudacznicy, którzy nie potrafią sobie poradzić np. z praniem. – W reklamach pokazywani są jako lekkoduchy zainteresowane wyłącznie alkoholem, meczami i fizycznymi walorami płci przeciwnej – oburzają się członkowie grupy Galeria Rusz, która półtora roku temu protestowała przeciwko pokazywaniu mężczyzn w popkulturze jako debili. W Polsce pojawiły się billboardy z wizerunkiem macho i hasłem: „Prawdziwi faceci to (nie)debile”. Grupa artystyczna swój happening nazwała ruchem antydebilowym.

Większość feministek do tych argumentów podchodzi z dużym dystansem. – Owszem jest problem i owszem liczba skarg na dyskryminację mężczyzn rośnie, ale nie oszukujmy się, skarżą się częściej niż kobiety nie tyle dlatego, że dzieje im się rzeczywiście większa krzywda, a po prostu dlatego że są wychowywani w przekonaniu, iż powinni walczyć o swoje prawa. Kobietom zaś wciąż wpiera się, że powinny być grzeczne i posłuszne – uważa Joanna Piotrowska z Fundacji Feminoteka. – Co nie znaczy, że nie są oni czasami dyskryminowani. Bo oczywiście to się zdarza. Najpoważniejsze chyba kwestie dotyczą utrudniania mężczyznom spełniania się w roli ojców, brania urlopów rodzicielskich, wyśmiewania, gdy chcą łączyć obowiązki pracownicze z rodzicielskimi. Ale to jest wciąż nieporównanie mniejsza skala problemu niż dyskryminacja, z jaką spotykają się kobiety – dodaje Piotrowska.

Ale także i wśród feministek zaczyna się w ostatnim czasie przebijać wniosek, że walka o równość płci często niestety nie działa w kierunku wyrównania szans płci brzydszej. Takie właśnie przemyślenia płyną z „Wojny przeciwko chłopcom” („The War Against Boys: How Misguided Feminism Is Harming Our Young Men”), którą napisała znana amerykańska teoretyczka feminizmu dr Christina Hoff Sommers. Stwierdza w niej, że „powszechne zjawisko koncentrowania się na rozwiązywaniu problemów dziewcząt powoduje, że nie dostrzega się chłopców”. Sommers ostrzega, że wkrótce to mężczyźni mogą stać się nową „gorszą płcią”. Problemy zaczynają się już w dzieciństwie, na początku procesu edukacji. Od chłopców mniej się wymaga w szkole, są traktowani bardziej pobłażliwie, za to mają wciąż większe przyzwolenie na bycie niegrzecznymi. W efekcie kończą szkoły z gorszymi wynikami i częściej trafiają do słabo płatnych zawodów. Alison Beard na łamach „Harvard Business Review” w tekście „Cicha płeć” tłumaczy zaś, że tak w przypadku feminizmu, jak i maskulizmu najczęściej popełnianym błędem jest zbytnie uogólnianie. – Używamy najbardziej widocznych przedstawicieli społeczeństw, by wyciągać na ich podstawie wnioski o całych grupach. Dla przykładu widząc potężnych, prominentnych mężczyzn na szczycie piramidy, którym świetnie się powodzi, zapominamy, że większość mężczyzn jest jednak na dole tej piramidy – pisze Beard.

Jak dotąd teorie maskulistyczne wciąż nie zdobywają szerszego poparcia. Nawet jeśli to mężczyźni są znacznie częściej u władzy, nie mają – może i na szczęście – odwagi, by otwarcie występować w obronie własnej płci. Wiedzą doskonale, że zostaliby potraktowani przez większość społeczeństwa – także przez innych mężczyzn – jako szowiniści. Jednemu nie da się zaprzeczyć: chcąc mieć egalitarne społeczeństwo, nie da się zasady równości stosować tylko do wyrównywania praw jednej strony. Jeżeli to się nie zmieni, być może w niedalekiej przyszłości to panowie zaczną zakładać swoje partie i ligi obrony mężczyzn.