Pacjenci albo też rodziny zmarłych pacjentów coraz bardziej świadomie korzystają z możliwości dochodzenia swoich praw.

- Rok wcześniej wpływał jeden wniosek w ciągu miesiąca, a dziś to dwa-cztery wnioski tygodniowo - mówi dziennik.pl Jacek Chojnacki, radca prawny i przewodniczący wojewódzkiej komisji ds. orzekania o zdarzeniach medycznych na Mazowszu.

Najczęściej wnioski dotyczą pracy ortopedów, ginekologów, położnych i chirurgów. Mowa jest w nich przede wszystkim o uszkodzeniach ciała, rozstroju zdrowia lub zakażeniach, rzadziej - śmierci, choć i takie wnioski się zdarzają.

- Dwa przypadki były dla mnie szczególnie szokujące. Pierwszy dotyczył pacjenta, który został przywieziony do szpitala i wykryto u niego tętniaka na aorcie brzusznej. Mimo że wymagana była natychmiastowa operacja, to odesłano go do domu. Karetka została wezwana po raz drugi, ale w drodze do szpitala pacjent zmarł - przypomina sobie Jacek Chojnacki.

- Była też pacjentka, u której doszło w szpitalu do zakażenia rany odleżynowej. Na tyle poważnego, że kobieta po jakimś czasie zmarła - dodaje szef mazowieckiej komisji. 

To właśnie do niej trafia największa liczba wniosków - tylko w zeszłym roku było ich 227. Dla porównania na Dolnym Śląsku wpłynęły 164, a np. w Małopolsce - 156. Najmniej było ich Lubuskiem, bo tylko 34.

Zadaniem komisji jest nie tyle zasądzenie konkretnej kwoty odszkodowania, ale ustalenie,  czy szpital podejmując wobec pacjenta postępowanie diagnostyczne, lecznicze lub terapeutyczne, działał niezgodnie z aktualną wiedzą medyczną. Dopiero stwierdzenie tego faktu jest podstawą do dalszych roszczeń.

Poszkodowani mogą domagać się maksymalnie 300 tys. zł za śmierć pacjenta oraz do 100 tys. zł za uszkodzenie ciała lub np. zakażenie.

Lekarz bez prawa wykonywania zawodu 

- Najwyższa kwota świadczenia, która została przyjęta przez pacjenta, to 80 tys. zł, a najniższa: 3 756 zł - wskazuje Jacek Chojnacki. Inni szefowie wojewódzkich komisji ds. orzekania o zdarzeniach medycznych wskazują, że w dotychczasowej praktyce zdarzało się, że szpitale proponowały kwoty niegodne w odniesieniu do rozmiaru szkody. Śmierć dziecka wyceniały np. na 1 zł, a dorosłego pacjenta - 500 zł.

- Łącznie ze 1602 wniosków, który wpłynęły do komisji w 2013 roku, zwrócono wnioskodawcom 322 - mówi Krzysztof Bąk, rzecznik Ministerstwa Zdrowia. Zakończono w tym czasie 722 postępowań, w tym wydano blisko 200 orzeczeń o zdarzeniach medycznych.

Wojewódzkie komisje do spraw orzekania o zdarzeniach medycznych działają od stycznia 2012 roku. Zasady i tryb ich postępowania reguluje ustawa z 2008 roku o prawach pacjenta i rzeczniku praw pacjenta. Łącznie jest ich 16. Składają się zarówno z lekarzy, jak i prawników. Każda ze spraw rozpatrywana jest z kolei przez 4-osobowe składy orzekające: dwóch medyków i dwóch prawników

Zdaniem ekspertów, postępowanie przed komisją jest krótsze i tańsze niż postępowanie przed sądem. W sądzie pacjent musiałby zapłacić 5 proc. wartości dochodzonego roszczenia, w komisji opłata jest stała i wynosi 200 zł. Jeśli ta wydaje orzeczenie na niekorzyść pacjenta, to musi on też ponieść koszty postępowania np. opinii biegłego. Łącznie nie powinno ono przekraczać 650 zł.

Ale to w sądzie wywalczone kwoty są wyższe - bywa, że sięgają nawet miliona złotych. Znany jest przypadek pacjentki wobec której zasądzono 1,5 mln zł odszkodowania, 1 mln zł zadośćuczynienia, a do tego odsetki. Łącznie dało to 5 mln zł.

Różnic między wojewódzką komisją a sądem jest jednak więcej. - W przypadku zdarzenia medycznego odpowiedzialność spada na szpital, z kolei w przypadku błędu lekarskiego i dochodzenia praw w sądzie: na konkretnego lekarza  - wyjaśniają przedstawiciele wojewódzkich komisji.

Pacjent lub jego rodzina mogą też pociągnąć lekarza do odpowiedzialności zawodowej przed sądem lekarskim lub odpowiedzialności karnej przed sądem karnym. W efekcie mogą pozbawić go nawet praw do wykonywania zawodu.